Info
Więcej moich rowerowych statystyk.
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2019, Grudzień1 - 0
- 2019, Listopad2 - 0
- 2019, Październik4 - 0
- 2019, Wrzesień5 - 0
- 2019, Sierpień10 - 0
- 2019, Lipiec13 - 0
- 2019, Czerwiec7 - 0
- 2019, Maj1 - 0
- 2019, Kwiecień3 - 0
- 2019, Marzec1 - 0
- 2019, Luty2 - 0
- 2019, Styczeń1 - 0
- 2018, Grudzień1 - 0
- 2018, Listopad2 - 0
- 2018, Październik4 - 0
- 2018, Wrzesień11 - 0
- 2018, Sierpień10 - 0
- 2018, Lipiec16 - 0
- 2018, Czerwiec12 - 0
- 2018, Maj16 - 0
- 2018, Kwiecień13 - 0
- 2018, Marzec4 - 0
- 2018, Luty5 - 0
- 2018, Styczeń4 - 0
- 2017, Grudzień3 - 0
- 2017, Listopad1 - 0
- 2017, Październik7 - 0
- 2017, Wrzesień4 - 0
- 2017, Sierpień20 - 0
- 2017, Lipiec17 - 0
- 2017, Czerwiec24 - 0
- 2017, Maj31 - 0
- 2017, Kwiecień6 - 0
- 2017, Marzec6 - 0
- 2017, Luty2 - 0
- 2017, Styczeń2 - 0
- 2016, Grudzień5 - 0
- 2016, Listopad2 - 0
- 2016, Październik12 - 0
- 2016, Wrzesień7 - 0
- 2016, Sierpień17 - 0
- 2016, Lipiec9 - 0
- 2016, Czerwiec10 - 0
- 2016, Maj19 - 0
- 2016, Kwiecień18 - 0
- 2016, Marzec4 - 0
- 2016, Luty3 - 0
- 2016, Styczeń8 - 0
- 2015, Grudzień5 - 0
- 2015, Listopad4 - 0
- 2015, Październik6 - 0
- 2015, Wrzesień23 - 0
- 2015, Sierpień24 - 0
- 2015, Lipiec26 - 0
- 2015, Czerwiec22 - 0
- 2015, Maj26 - 0
- 2015, Kwiecień22 - 0
- 2015, Marzec25 - 0
- 2015, Luty19 - 0
- 2015, Styczeń14 - 0
- 2014, Grudzień8 - 0
- 2014, Listopad20 - 0
- 2014, Październik20 - 0
- 2014, Wrzesień5 - 0
- 2014, Sierpień6 - 0
- 2014, Lipiec6 - 0
- 2014, Czerwiec7 - 0
- 2014, Maj10 - 0
- 2014, Kwiecień7 - 0
- 2014, Marzec6 - 0
- 2014, Luty4 - 0
- 2014, Styczeń4 - 0
- 2013, Grudzień1 - 0
- 2013, Listopad2 - 0
- 2013, Październik2 - 0
- 2013, Wrzesień4 - 0
- 2013, Sierpień11 - 0
- 2013, Lipiec7 - 0
- 2013, Czerwiec8 - 0
- 2013, Maj3 - 0
- 2013, Kwiecień2 - 0
- 2013, Marzec1 - 0
- 2013, Luty1 - 0
- 2013, Styczeń2 - 0
- 2012, Grudzień2 - 0
- 2012, Listopad3 - 0
- 2012, Październik2 - 0
- 2012, Wrzesień6 - 0
- 2012, Sierpień21 - 0
- 2012, Lipiec21 - 0
- 2012, Czerwiec17 - 0
- 2012, Maj20 - 0
- 2012, Kwiecień5 - 0
- 2012, Marzec8 - 0
- 2012, Luty10 - 0
- 2012, Styczeń11 - 0
- 2011, Grudzień9 - 0
- 2011, Listopad13 - 0
- 2011, Październik4 - 0
- 2011, Wrzesień19 - 0
- 2011, Sierpień23 - 0
- 2011, Lipiec31 - 0
- 2011, Czerwiec22 - 0
- 2011, Maj27 - 0
- 2011, Kwiecień16 - 0
- 2011, Marzec14 - 0
- 2011, Luty7 - 0
- 2011, Styczeń7 - 0
- 2010, Grudzień9 - 0
- 2010, Listopad9 - 0
- 2010, Październik17 - 0
- 2010, Wrzesień24 - 0
- 2010, Sierpień22 - 0
- 2010, Lipiec4 - 0
- 2010, Czerwiec5 - 0
- 2010, Maj1 - 0
Wpisy archiwalne w kategorii
Krótko, nie zawsze na temat ;-)
| Dystans całkowity: | 13176.06 km (w terenie 0.00 km; 0.00%) |
| Czas w ruchu: | 631:58 |
| Średnia prędkość: | 20.72 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 66.71 km/h |
| Liczba aktywności: | 910 |
| Średnio na aktywność: | 14.48 km i 0h 41m |
| Więcej statystyk | |
Dane wyjazdu:
30.09 km
0.00 km teren
01:35 h
19.00 km/h:
Maks. pr.:33.90 km/h
Temperatura:7.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Antek
Liście, liście...
Niedziela, 27 listopada 2011 · dodano: 27.11.2011 | Komentarze 0
Od samego rana było widać, że na zewnątrz jest ciepło. Faktycznie termometr wskazywał siedem stopni, ale cóż z tego, jak w uszach świszczało... Doszło nawet do tego, że przeleciało mi przez głowę, aby zrezygnować z wyjścia. Musiałem jednak podjechać do domu, aby dopakować się na poniedziałek i to też stanowiło dla mnie pewnego typu rozterkę, gdyż bardzo chciałem wyrwać Kośkę na luźny wyjazd. Ostatecznie zebrałem się, gdy za oknem pojawiło się słońce, tworząc bardzo ładną aurę dnia :-)Jeszcze przed wyjściem, spoglądając za okno, ułożyłem sobie nieasfaltową trasę do Koźla. Żywiołowo dojechałem do Kuźniczek, ciesząc się wysoką temperaturą i jasnym dniem. Na miejscu w ostatniej chwili wykręciłem w stronę lasku, rezygnując z ustalonej wcześniej, prostej trasy do Kłodnicy. Pędziłem radośnie :-) Przeciąłem tutejsze ścieżki ze dwa, trzy razy, czując się momentami wręcz utopiony w liściach. Już w Kłodnicy dorwał mnie wiatr, ale bardzo szybko schowałem się przed nim na polnym skrócie do Portu, na końcu którego jakiś cieć pozostawił Mercedesa. Musiałem zejść z roweru i ostrożnie przecisnąć się między samochodem, a krzakami. Zero szacunku do marki... Gdy wyjechałem znów na asfalt poczułem, że było mi wyraźnie ciepło. Na postoju wypatrzyłem też motel, którego w życiu nie spodziewałbym się w tym miejscu :-)
Po napełnieniu sakw, wyruszyłem w drogę powrotną. Trasa zakładała wizytę w Raszowej i Łąkach Kozielskich, ale już na Gazowej zrezygnowałem z tego pomysłu. Raz, że dął wiatr, a dwa, że czasu miałem już bardzo mało. Jak się później okazało, u celu byłem na piętnaście minut przed zakładanym czasem końcowym i czterdzieści pięć minut po czasie optymalnym :-) Postanowiłem udać się na Kuźniczki, jadąc pod wiaduktem kolejowym, aby następnie przez Lenartowice i Piasty dojechać na Pogorzelec. Postanowiłem też nieco urozmaicić polny etap i zjechałem z asfaltu jeszcze przed rzeczką, której nazwy zapomniałem ;-) Pedałowałem tak, jakbym miał przed sobą wyraźny cel, który jednak w międzyczasie nieco mi się rozmył :-) Nie wiedzieć czemu źle skręciłem i wylądowałem w polu :-) Mimo, że chyba nigdy takie sytuacje nie kończyły się dobrze postanowiłem, że nie będę zawracał. Tym razem się opłaciło :-) Mijając po drodze niezliczoną ilość krecich kopców, przedarłem się przez chaszcze i wyjechałem w odpowiednim miejscu przy wodospadzie. A był to dopiero początek :-) Kilkanaście metrów dalej przeniosłem Antka przez rzeczkę po ułożonej z kamieni niby tamie i znów ochoczo ruszyłem przed siebie :-) Przez chwilę jechałem twardą ścieżką, a gdy wjeżdżałem między drzewa, przednie koło na moment uciekło, nie napotykając oporu na piasku, ukrytym pod liśćmi. W ułamek sekundy później, to samo stało się z tylnym kołem, co wręcz odruchowo wywołało uśmiech na mojej twarzy :-) Śmigając pomiędzy drzewami, dojechałem do wiaduktu, wzbudzając małe zamieszanie pośród rodzinki z psem, a także dwóch dzieciaczków, które mijałem już w ciemnych czeluściach :-) A kurka nie wziąłem lampki... ;-)
Znów budził się we mnie rowerowy świrek i szybko dotarłem uliczkami do miejsca, gdzie ponownie zniknąłem pomiędzy drzewami. Przede mną znajdował się nieznany mi jeszcze fragment, zaplanowanej na dziś trasy. Od razu jednak wydał mi się przyjemny, bo choć na drodze minąłem dwoje ludzi, a następni już na ową drogę wchodzili, to widać było, że nie jest on wyeksploatowany. Potwierdzeniem tych słów była duża polana, usłana wysokimi, uschniętymi już paprociami. Byłem nad brzegiem Kanału.


Ścieżka biegła tuż przy urwisku. Przemknęło mi nawet przez myśl, co by się stało, gdybym zrobił małe "plum" ;-) Wymagała ona momentami dobrej koordynacji i zgrania z rowerem, a niekiedy musiałem wręcz zejść na ziemię, gdyż gałązki stawiały zbyt duży opór, który mógł doprowadzić do niebezpiecznego przechylenia się na bok. Na końcu tej przeprawy zatrzymałem się jeszcze raz, aby spokojnie popatrzeć na wodę, po czym zwróciłem się w kierunku jeziorka, mijając po drodze starszą parę ze strachliwym pieskiem, który momentami na mnie szczekał :-) Miał ku temu okazję, gdyż ponownie jak i ja, zatrzymał się na moment przy brzegu jeziora. Ja pstrykałem fotki, natomiast on pił wodę ;-) Gdy ruszałem, żegnając się ze spacerowiczami nie przypuszczałem jeszcze, jak fajny fragment trasy znajdował się przede mną. Drugi raz w ciągu tego wyjazdu, obrałem nieodpowiednią ścieżkę i... Po chwili mogłem cieszyć się z krótkiego, aczkolwiek stromego zjazdu ze skarpy i takiego też wjazdu. Kolejną chwilę później pokonywałem kolejne przeszkody w postaci wystających wysoko korzeni drzew :-) Rozweselony popędziłem dalej w kierunku Lenartowic, które przemknąłem z racji asfaltowej nawierzchni dużo szybciej, niż poprzednie etapy. Tuż przed Piastami, ponownie dopadł mnie wiatr i muszę przyznać, że w połączeniu z dosyć wysoką odczuwalną temperaturą, było to wyraźnie odczuwalne negatywne zjawisko. Niebawem jednak znów zjechałem między drzewa, obserwując powoli chylące się już ku dołowi słońce i patrząc jeszcze wcześniej na drugi koniec Kanału, gdzie byłem przed kilkunastoma minutami.

Przez Biały Ług przemknąłem szybko, podobnie jak przez leśny skrót na Azotach. Gdy z niego wyjechałem, prawdopodobnie minął mnie samochodem kolega z pracy - sprawdzę to jutro ;-) Wiedziałem, że nie mam już dużo czasu, a więc niezwłocznie i ochoczo, popędziłem odkrytym całkiem niedawno traktem na Pogorzelec. To był żywy etap, choć mniej więcej w połowie, podobnie i jak na początku Białego Ługu, dorwał mnie wiatr na nieosłoniętej przez drzewa części drogi.
To był bardzo ładny dzień i wychodząc w południe na rower żałowałem nawet, że wyjście nastąpiło tak późno. Mimo prawie czwartej na zegarku, wciąż było jasno, a dodatkowo bardzo ciepło, jak na tą porę roku. Dzisiejszy wyjazd, upłynął pod znakiem wszechobecnych liści. Co oczywiste, były one atrybutem całej trasy. Leżały wszędzie w dużych ilościach, ale też dodatkowo miałem z nimi bezpośrednią styczność. A to jeden przyczepił się do buta, później gdzieś tam drugi do kurtki na przedzie, by jeszcze na ścieżce nad Kanałem kolejny wpadł między sakwę, a szprychy, wydając z siebie ostrzegawcze dźwięki, zmuszające do przystanku i sprawdzenia co jest grane :-) Jeszcze jednego wywiozłem stamtąd "trzymając" go przy piaście przedniego koła :-) Ciekawe, gdzie porwał go wiatr...
Kategoria Krótko, nie zawsze na temat ;-)
Dane wyjazdu:
22.49 km
0.00 km teren
01:02 h
21.76 km/h:
Maks. pr.:35.40 km/h
Temperatura:7.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Antek
Jadę po witaminki! ;-) (nś)
Sobota, 26 listopada 2011 · dodano: 26.11.2011 | Komentarze 0
Nie miałem koncepcji na dzisiejsze przedpołudnie. Rano wyszedłem z Benkiem zauważając, że na zewnątrz było nawet ciepło. A straszyła mnie Ania wczoraj, że wiatr będzie wielki przez weekend ;-) Po powrocie do domu wróciłem do wyrka, wstając już prawie przed dwunastą. Do pionu postawił mnie poniekąd dzwoniący Damian, który jak zwykle okazał się człowiekiem, na którym można polegać. Musiałem się sprężać, a czekał mnie jeszcze spacer z Benusiem.Na początek udałem się do Damiana, gdzie miałem zamiar spędzić około pięciu minut, ale wyszło jak wyszło ;-) Spotkałem też koleżankę z pracy, wraz ze swoim partnerem, z którym pogadałem na temat nawigacji outdoorowych. W kilka minut później, ruszałem w niedługą trasę do Kędzierzyna. Oczywiście musiałem ją sobie przedłużyć, no bo jakby to było! ;-) A zresztą... Chciałbym dociągnąć do "trzysetki" w listopadzie.
Jechało mi się świetnie. Szybko i rześko. Cholera! Ale ja lubię kręcić! :-) Dystans do Landzmierza pokonałem bardzo sprawnie, uśmiechając się pod nosem i patrząc na obracające się przednie koło :-) Ech ten Anton! Dystans mu niestraszny :-) I w dodatku wygodny jest ;-) Tuż przed wjazdem na polny skrót przed Ciskiem, zacząłem nieco odczuwać wiatr, ponieważ zmieniłem kierunek jazdy. Było to pierwsze ostrzeżenie przed tym, co czekało mnie na drodze w kierunku Kędzierzyna. Wjeżdżając między pola, minąłem starszego, wiejskiego rowerzystę, który pozdrowił mnie uniesieniem ręki. Oczywiście zrobiłem to samo :-) Jak widać nie ma wiochy na wiosce! ;-) Popędziłem dalej, docierając do mostu na Odrze.
Znalazłem się na etapie wyjazdu, gdzie znów dopadł mnie świrek rowerek ;-) Znów pomyślało mi się, że fajnie jest tak śmigać nawet po niedalekiej okolicy :-) Coś mówi mi, że ów "praski" rozbrat z rowerem coś przestawił mi w głowie :-) A poza tym, to w takich momentach przypomina mi się jeden z forumowych wpisów, opisujący wypad jednego z Forumowiczów. Po kilku minutach zatrzymałem się na krótko, na początku szlaku do Starego Koźla. Chciałem przystanąć na chwilę, zanim rzucę się do walki z przeciwnym wiatrem :-) Tempo co prawda momentami spadało całkiem sporo, ale bywało już przecież gorzej ;-) Okazję do podreperowania tempa, złapałem już za pierwszym gospodarstwem, wypatrując biegnącego w oddali w moją stronę czarnego psa. Gdy dystans zmniejszył się mniej więcej o połowę, czworonóg przybrał pozę wyraźnie wskazującą na chęć ataku, po czym położył się na asfalcie, w oczekiwaniu na moje nadejście. To był jego błąd, gdyż w takiej sytuacji mój manewr, był potencjalnie najbardziej skuteczny. Począłem szarżować na psiaka, który wciąż leżał na drodze nieruchomo niczym kamień i uciekł dopiero, gdy dzieliły nas jakieś dwa metry, a trzeba wspomnieć tutaj, iż jechałem dosyć szybko. Poderwał się na ułamek sekundy po tym, gdy spotkały się nasze oczy. Pewny swego odwróciłem się za siebie dopiero po kilku chwilach, widząc psa uciekającego w przeciwnym kierunku :-)
Wraz z każdym kolejnym metrem, do mojej głowy zaczęły docierać kolejne wspomnienia. A to ślub z bocianem, a to skate park za Starym Koźlem i oczywiście jeżyk! :-) Taki krótki odcinek, a tyle się tego nazbierało... :-) Na niebieskim szlaku nagle zatrzymałem się tuż po tym, gdy do głowy wpadła mi myśl, że bez zdjęcia ten wyjazd nie będzie pełny. Od początku trasy, rozglądałem się za jakimś kadrem, ale nic szczególnego nie wpadło mi w oko. Co prawda zdjęć z trasą i z Antkiem mam już sporo, ale co tam! Ja po prostu chciałem uchwycić ten dzień! Jakie to zdjęcie nie będzie, ale niech po prostu będzie :-)


Gdy jechałem dalej, przez moją głowę przelatywały kolejne wspomnienia :-) Między innymi to dzięki temu, jechało mi się dużo przyjemniej przy ciągle towarzyszącym, silnym przeciwnym wietrze :-) Zdecydowanie wturlałem się na króciutki podjazd tuż przed schroniskiem dla zwierząt i znów popędziłem, dolatując do głównej :-) Żeby było śmieszniej, to właśnie w mieście droga była najbardziej wyboista... Mimo to, postanowiłem zakręcić jeszcze jednego - zaplanowanego już wcześniej - rogala po Pogorzelcu. Ciekawe ile przejechałem dzisiaj? :-) Od samego początku wyjazdu nie spojrzałem na dystans, który jednak przecież był dla mnie stosunkowo ważny, bo od niego poniekąd zależało to, jak długi będzie jutrzejszy wypad. Tak, tak :-) Wiatr nie wywiał z mej głowy rowerowych planów! :-) O nie! :-) Szybko jednak zapomniałem o dwóch kółkach, gdyż zaraz po tym, jak otworzyły się anuśkowe drzwi, doleciał do mnie piękny zapach z kuchni... ;-)
Kategoria Krótko, nie zawsze na temat ;-)
Dane wyjazdu:
44.03 km
0.00 km teren
02:05 h
21.13 km/h:
Maks. pr.:35.40 km/h
Temperatura:5.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Antek
Trzy pieczenie - jeden rower ;-)
Sobota, 19 listopada 2011 · dodano: 19.11.2011 | Komentarze 0
Znów nadszedł oczekiwany weekend. W ostatnim czasie jeżdżę tylko weekendami, bo gdy wychodzę po południu z pracy, jest już ciemno. Inna sprawa, że w tym roku jakoś gorzej przystosowuję się do jesiennych klimatów, więc wieczory rowerowe nie są tym bardziej. Mam nadzieję, że ulegnie to zmianie :-) Może niezwłocznie po tym, gdy zamontuję uchwyt na lampkę do Kośki? :-) To całkiem prawdopodobne :-)W planach na dziś, miałem sprawdzenie czarnego szlaku, wiodącego w pole na przedpolach Leśnicy ;-) Gdy ostatnio zauważyłem znak informujący o nim, nawet mocno się zaskoczyłem. Nie wiem już, czy tak dawno tędy jechałem i jest to nowy szlak, czy to po prostu starcza ślepota ;-) Ostatecznie zrezygnowałem też z wizyty w Kędzierzynie i zabrania w trasę Kośki gdyż uznałem, że jednak wezmę jedną sakwę na różne graty i inne szmaty :-)
Początkowo było mi chłodno, ale w miarę pokonywania dystansu, było coraz to lepiej. W lesie za Kłodnicą byłem już nawet nieco zgrzany. Pogoda całkiem dopisywała. A zresztą... O tej porze roku cyklista i tak już musi być przystosowany do panujących temperatur, a więc istotne jest jedynie, aby tylko nie padało. Tak więc nie padało :-) Co prawda niebo spowijała warstwa niegroźnych chmur, ale nie przeszkadzało to przecież w jeździe. Pomyślałem sobie jedynie o tym, że ewentualnie zdjęcia mogą być gorszej jakości. Już gdy przejeżdżałem przez przejazd kolejowy przed Raszową, pomyślało mi się o małym przystanku, ale co krok owlekałem go do momentu aż uznałem, że zatrzymam się ostatecznie przy kapliczce w miejscu, gdzie zamierzałem wjechać na szlak. Gdy wjechałem do Raszowej, przede mnie z podporządkowanej wyjechał ciągnik z gnojówką, co momentalnie zmobilizowało mnie do przyśpieszenia :-) Osiągając tym samym MXS wyjazdu, dotarłem fajnym tempem do miejsca, gdzie po raz pierwszy zszedłem z roweru. Licznik wskazywał średnią 24 km/h.

Po kilku zdjęciach ruszyłem dalej. Byłem ciekaw, gdzie zaprowadzi mnie ta polna droga, spodziewając się, że dojadę do Lichyni. Po niecałym kilometrze jazdy, ku mojemu zdziwieniu, droga odbiła jednak ostro w prawo. W tym miejscu pomyślałem sobie też, że ów szlak jest naprawdę dobrze oznaczony. Nawet za dobrze. Chwilę później, przeżyłem wręcz mały szok, wyjeżdżając na znaną mi znakomicie asfaltową drogę między Łąkami Kozielskimi, a Raszową :-) Nie zdążyłem też machnąć nawet dobrze korba, gdy moim oczom ukazał się znak z aż dwoma szlakami! :-) Czarny prowadził asfaltową drogą prosto, natomiast czerwony odbijał w prawo w las. W głowie od razu zrodziła mi się myśl, aby ciągnąc dalej czarnym szlakiem, ale wiedziałem też, że mogę odjechać za bardzo od swoich rejonów, a przecież było już stosunkowo późno. Wjechałem więc w leśną drogę, myśląc w międzyczasie, że dobrze się stało, że wziąłem ze sobą Antka i że ten czarny szlak sprawdzę może jutro, dojeżdżając do Łąk Kozielskich najszybszą trasą.
Po bardzo krótkiej chwili, dotarłem do zabudowań, słysząc od razu szczekanie psów. Znajdowały się one za bramą jednego z gospodarstw, więc spokojnie dojeżdżałem sobie do skrzyżowania, aż tu nagle jeden z nich znalazł się tuż obok mnie! O rzesz ty w morde! Widziałem jego kły... Machnąłem raz nogą dla odstraszenia go, ale skubaniec trzymał się ostro, odpuszczając po jakiś kilkunastu metrach. Nie było źle :-) Ważniejsze było to, że udało mi się odkryć świetną trasę przelotową na rower! Ładny asfalt między polami, biegnąca obok rzeczka... Ech... Było pięknie :-) Niebawem minąłem duży krzyż, postawiony na jednym z pól, obserwując w tym samym momencie, podrywającego się do lotu gawrona, trzymającego w dziobie coś wielkości orzecha włoskiego. Przy torach kolejowych odbiłem w lewo i po kilku przyjemnych chwilach jazdy, znalazłem się powtórnie na głównej w Raszowej :-) Momentalnie postanowiłem udać się do Łąk Kozielskich i sprawdzić, gdzie zaprowadzi mnie czarny szlak!
Jadąc już w kierunku docelowej miejscowości, zobaczyłem jeszcze na horyzoncie po prawej krzyż, który minąłem kilka minut temu. Doprawdy cieszyłem się bardzo ze znalezienia tej trasy :-) Na miejscu zatrzymałem się na chodniku, gdyż zauważyłem kolejny szlak - tym razem żółty - wraz z całą rozpiską okolicznych dróżek. Spędziłem tam kilka dłuższych chwil, wyznaczając sobie trasę przejazdu. Naprawdę nie spodziewałem się takiego rozwoju wydarzeń w dniu dzisiejszym, a mało tego! :-) Na rozpisce widoczne były jeszcze inne, nieznane mi do tej pory trasy! :-) Ochoczo ruszyłem przed siebie, skręcając w lewo po kilkudziesięciu metrach :-)
Pierwsze wrażenia na nowym szlaku nie były jednak dobre. Już na samym początku moją uwagę odwrócił ogromny pies, skaczący do płotu w jednym z gospodarstw tak, jakby zobaczył na rowerze nie człowieka, a kawał pysznej kiełbasy. Głowę miał taką jak moja i byłoby naprawdę nieciekawie, gdyby zdołał wydostać się na drogę... Za pierwszym zakrętem ujrzałem miejscowego rowerzystę, którego dogoniłem jeszcze przed ostatnimi zabudowaniami. Podczas wykonywania manewru wyprzedzania, do drogi z mojej strony podbiegł inny - mniejszy kundel - szczekając, lecz już nie biegnąc za mną. To wszystko sprawiło, że na otwartą przestrzeń wjeżdżałem, mając jedną małą i ledwie wyczuwalną myśl, że gdybym tutaj spotkał jakiegoś psa... Oj nieważne! :-)
Także i ta droga, była ciekawa dla rowerzysty :-) Było nieco bardziej terenowo, ale już po pokonaniu dwóch zwrotów, wyjechałem na prosty, polny trakt, gdzie poczułem, że zmierzam w nieznane :-) Tak... To właśnie tego uczucia tak bardzo mi ostatnio brakowało. Teraz czułem się spełniony. Może tylko częściowo i krótkotrwale, ale jednak :-) W pewnej chwili, moim oczom ukazały się dwie dorodne sarny, obserwujące mnie z kilkusetmetrowej, bezpiecznej odległości. Mimo to zaczęły uciekać w miarę, jak pokonywałem kolejne metry. Jechałem sobie dalej swoim tempem, mijając w pewnym momencie hałdę ułożonych buraków. Docierając do końca tej drogi, zauważyłem jadący na polu ciągnik, a w chwilę później, podbiegającego do drogi którą jechałem wiejskiego burka, który wskoczył na nią w momencie, gdy przejeżdżałem obok niego. No i się zaczęło. Skubaniec był mocno zdeterminowany, aby mnie dopaść. Odsłonięte agresywnie wargi, ukazywały kły, jak u pierwszego dziś napotkanego psa. Tamten jednak odpuścił szybko, natomiast tutaj nie było już tak kolorowo. Z racji początkowej pozycji, nie mogłem zastosować swojego stałego manewru, więc próbowałem w inny sposób pozbyć się tego cholernego czworonoga. Najpierw rozpędziłem się, licząc na to, że po prostu odpuści, gdy tylko sobie chwilę pobiegnie, ale na nic się to zdało. Próbowałem także zepchnąć go na pobocze, co co prawda poskutkowało, ale tylko na chwilkę. Chyba był naprawdę głodny! ( ;-) ) W pewnym momencie jadąc rozpędzony, zauważyłem przed sobą znak ustąp pierwszeństwa. Nadszedł więc czas na podjęcie bardziej zdecydowanych środków. Psiak ustąpił po tym, gdy dostał z podeszwy w nos.
Gdy zatrzymałem się na poboczu przy głównej ulicy, zauważyłem że jakimś to oto zrządzeniem losu, znalazłem się na Węgrzech ;-) Cyknąłem kilka pamiątkowych zdjęć i ruszyłem znów przed siebie :-) Mimo tego, że jechałem po głównej, ruch samochodowy był praktycznie żaden. Także i widoki były niczego sobie :-) Oczywiście pieskowa tendencja dzisiejszego wyjazdu, wciąż utrzymywała się na praktycznie niezmienionym poziomie: przy jednym z domów, zauważyłem skradającego się pomiędzy drzewami owczarka niemieckiego, który jednak nie wydał z siebie żadnego odgłosu :-) W Zalesiu odbiłem w kierunku drogi, którą na początku roku zdecydowałem się omijać, ale i tutaj ruch był prawie żaden :-) Niebawem też wjechałem na szlak, prowadzący do Miejsca Kłodnickiego. Byłem go bardzo ciekaw, zwłaszcza, że według rozpiski, którą oglądałem jeszcze w Łąkach Kozielskich, za Miejscem Kłodnickim, był on jeszcze tylko w planach.


Początkowo biegł on polem, lecz po czasie, wjechałem do lasu. Jechałem dosyć szybko, migając się przed wystającymi na drogę gałązkami :-) Trochę ćwiczeń dla kręgosłupa nie zaszkodzi! :-) Gdy przystanąłem, poczułem jak przybiera we mnie radość :-) Rower już od jakiegoś czasu mnie zaskakuje, ale w życiu nie spodziewałbym się, że dziś ułożę sobie tak mega fajną trasę! :-) Mało tego! Przecież nie musiałem jechać po wytyczonym sznurku! Już na pierwszy rzut oka, wyznaczyć można było co najmniej kilka alternatywnych ścieżek :-) To jest bardzo rozwojowy rowerowo teren! Byłem naprawdę uradowany i nawet odgłosy szczekającego gdzieś tam w oddali psa, nie zmąciły tego uczucia :-)

Okazało się, że byłem już tuż tuż przed Miejscem Kłodnickim :-) Sprawnie minąłem zabudowania, docierając do drogi przelotowej, gdzie na moment do głowy wskoczyło mi wspomnienie dojazdów do szkoły i pomknąłem dalej przed siebie - już po szlaku, który nie istniał ;-) Szybkim tempem dojechałem ponownie do lasu, zauważając przy okazji, jak to swoje poczucie humoru okazuje jeden z tutejszych gospodarzy :-) Widać psy jeszcze nie takie groźne... ;-)

Wjechałem do lasu... Droga była przyjazna i wygodna :-) Słońce już powoli, aczkolwiek wyraźnie, zaczynało opadać. Mimo to brałem pod uwagę to, że mógłbym jeszcze jeździć i jeździć :-) Przecież właśnie na wypadek późniejszego powrotu do domu, już zaraz przed klatką, zamontowałem latarkę na kierownicę :-) Jechałem cały czas w zadanym kierunku, spoglądając co jakiś czas na nawigację. Mimo to, jakoś nie potrafiłem umieścić się w przestrzeni :-) Gdzie jestem? :-) Niewiele mnie to interesowało :-) Zgubić się nie zgubię, a z lasu wyjadę i tak w znanym sobie terenie :-) W pewnym momencie natrafiłem na piękne miejsce... Las stał się jeszcze ładniejszy... Zaciągnąłem się... Było go czuć. Nie zwalniając jechałem dalej, a moment tuż przed wjazdem na asfalt, także utkwił mi w pamięci. Droga pomiędzy drzewami, była śliczna.
Jechałem w stronę Lenartowic, które minąłem bardzo szybko. Zaraz za zabudowaniami, przystanąłem jeszcze na moment, pstrykając kolejne zdjęcie. Ech... Gdyby nie te druty... ;-) A swoją drogą, to byłem bardzo zadowolony z dzisiejszego dnia :-) Czułem się spełniony :-) Już od jakiegoś czasu, ciągnęło mnie przygodowo dalej, ale jak się okazuje nie trzeba jechać nie wiadomo gdzie, aby móc zaznać tego pięknego uczucia :-)

Przejechałem przez las, spoglądając na kolejnego dzisiejszego dnia owczarka, stojącego przy położonym odludnie domostwie, który także jedynie odprowadził mnie wzrokiem. Minąłem Kanał i odbiłem między drzewa, będąc już na Kuźniczkach. Przy moście zauważyłem oznaczenie żółtego szlaku :-) No jasne! :-) To ten sam, który zaznaczony był w Łąkach Kozielskich! Coś słabo z moim kojarzeniem ;-) Tym razem pojechałem prosto przed siebie, omijając jeziorko. Znów dała znać o sobie dzisiejsza psia passa, ponieważ minąłem dwa czworonogi, które ożywiły się na mój widok. Pierwszy z nich, został usprawiedliwiony przeze mnie od razu: to był york, prowadzony przez jakąś dziewuchę, więc nawet się nie zdziwiłem, gdy zaczął niegroźnie szczekać :-) Nawet zagadałem do niego ;-) Następnie minąłem jakiegoś czarnego kundelka, który chyba nawet chciał mnie pogonić, ale nie wiem tego do końca, bo się nawet nie obejrzałem :-) Tym bardziej nie uczyniłem tego, gdyż i on był na smyczy :-) Gdy wjechałem na wał kolejowy, zauważyłem przy jego końcu idącego jegomościa. Na pierwszy rzut oka, wydał mi się on jakimś lubiącym trunki człekiem, ale i tutaj skończyło się bardzo przyjaźnie :-) Zjeżdżając odpowiedziałem mu "miłego dnia!" i hej do przodu! :-) Co prawda w minutę później, musiałem poczekać przed przejazdem kolejowym, aż przejedzie "towarowy", ale było mi to nawet potrzebne :-) Ruszając, jak zwykle w tym miejscu, uniosłem dłoń w podziękowaniu i pozdrowieniu :-) Rowerowy nastrój, to wspaniała sprawa! :-)
Mimo chmur na niebie, wyszła mi dziś przefajna trasa! :-) Emocjonująca ( ;-) ), ciekawa, żywa i piękna :-) Nawet dystans - mimo tego, że leniwie wstałem grubo po jedenastej, a wyjechałem już po trzynastej - był jak najbardziej słuszny :-) Leniuchowa sobota zakończyła się tym, że przebiłem dziś dystans dwustu kilometrów w listopadzie i pięciu tysięcy w tym roku! :-) Oby tak dalej! :-)
Kategoria Krótko, nie zawsze na temat ;-)
Dane wyjazdu:
22.39 km
0.00 km teren
01:05 h
20.67 km/h:
Maks. pr.:31.40 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Antek
Zakończenie "sezonu", dzień 3
Sobota, 12 listopada 2011 · dodano: 12.11.2011 | Komentarze 0
Dziś czułem się już optymalnie :-) Lekarska ręka Ani pomogła. Oczywiście w niczym to nie przeszkadzało, żeby znów spać do jedenastej ;-) W ciągu dnia zapadła jednak decyzja, że wrócimy już dziś do Kędzierzyna. Nie była to decyzja łatwa, ale jednak została podjęta...Nie wiadomo kiedy przejechaliśmy przez las, gdzie Pszczole stuknęło 3000 km :-) W Czarnowąsach spojrzałem ze wspomnieniem na budynek Ochotniczej Straży Pożarnej, który sfotografowałem, gdy żegnaliśy Kasię. Tak... Chyba pora żegnać się z typowo rowerowym sezonem :-) Droga do Opola, minęła nam jakoś szybciej. Nie tylko jednak my byliśmy szybcy, bo tuż przed miastem trafiło się nam dwóch naprawdę niezłych wariatów, w swoich pięknych bolidach. Co za debile. Zero wyobraźni. Ciekawe czy takie samo IQ... Na krótko przed ścisłym centrum i ja przycisnąłem z zamiarem poczekania na Anię najpierw za Rynkiem, później przed budynkiem PKP. Gdy jednak już tam byłem, okazało się być naturalne to, że od razu kupię bilety. Wciąż jadąc przeprosiłem więc jegomościa, stojącego przed wejściem i z dużą precyzją, przecisnąłem się Antkiem z sakwami, przez wąskie wejściowo-wyjściowe drzwi ;-) Ania dotarła na miejsce, gdy stałem już przy kasie i w momencie, gdy zapowiedziano nasz pociągowóz :-)
Tym razem podróż minęła nam spokojnie. Na tyle spokojnie, że nawet nie sprawdzali nam biletów :-) Obserwowaliśmy odchodzący dzień... Na kilka stacji przed Kędzierzynem, do przedziału weszła pani, mająca na ramieniu taką samą odblaskowo-świecącą opaskę w jakie zaopatrzyliśmy się i my :-) Czyżbym ulegał jednak modom? ;-) Dobrze chociaż, że to jeno moda rowerowa ;-) W międzyczasie postanowiliśmy też, że na miejscu udamy się na niewielkie zakupy i tak też zrobiliśmy. Ja od razu dostałem speeda, czekając na Anię już przed sklepem. Za karę musiałem też zostać w przedsionku i pilnować rowerów ;-) Następnym punktem, było wypakowywanie sakw u Ani, po czym ja udałem się do domku.
Jechało mi się spokojnie, choć z zamysłem nadrobienia nieco na średniej. Sprawnie pozostawiałem za sobą kolejne metry i choć wcale nie jechałem szybko, to przed wjazdem do Koźla, zdążyłem się nawet zgrzać. Jechałem też z opaską na ramieniu i muszę przyznać, że jakoś tak lepiej się czułem :-) Bezpieczeństwo swoją drogą, ale mnie chodziło raczej o to, że z tyloma lampkami zarówno na mnie, jak i na Antku, czułem się profi ;-)
Dane wyjazdu:
10.50 km
0.00 km teren
00:38 h
16.58 km/h:
Maks. pr.:28.30 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Antek
Zakończenie "sezonu", dzień 2
Piątek, 11 listopada 2011 · dodano: 12.11.2011 | Komentarze 0
No i stało się. Wylazło ze mnie. To znaczy jeszcze wyłaziło... Niestety. Spałem dziś do jedenastej, budząc się cały spocony. Nie było dobrze. Na szczęście znajdowałem się pod troskliwą opieką Ani i już po południu poczułem się na tyle dobrze, że wyszliśmy na krótki przejazd, mimo mroźnej temperatury. Co prawda nie byłem do końca przekonany o tym, czy powinienem, ale... no jakbym mógł nie! Decyzja przypominała te, jakie podejmuje schorowany człowiek, gdy ma decydować o swojej niezależności. Na szczęście ze mną aż tak źle nie było ;-)Na początek udaliśmy się w odwiedziny do dziadka Antka, a mnie - podobnie jak wczoraj podczas przejazdu w lesie - zaczęły lekko dokuczać końcówki palców. Gdy już na dobre ruszyliśmy w trasę, poczułem chęć zaznania niezależności i lekko przyspieszyłem. Dobrze też, że ustalona na dziś trasa nie była długa, bo wyraźnie odczuwałem niską temperaturę. Jakoś rok temu chyba lepiej się dostosowałem do jesieni :-) Obydwoje z Anią zahaczaliśmy też nogawkami o puste koszyki na bidony. Różnica polegała jednak na tym, że Ania martwiła się bardziej o bezpieczeństwo, a ja o to, aby nie wygiąć koszyka :-) Świr. Ale taki pozytywny... ;-)
Niebawem wjechaliśmy do lasu, gdzie wciąż nie opuściła mnie chęć zaznania swobody. Ania jechała przede mną, a ja nawet zatrzymałem się dwa razy, nie informując jej o tym fakcie :-) To liście na drodze donosiły... Tuż przed skrajem lasu, dojrzałem też uschniętą roślinę, którą prawdopodobnie (botanikiem przecież nie jestem ;-) ) sfotografowałem wiosną. Tak... To już cały "sezon" za nami.




Oczywiście owa roślinka, zdążyła się jeszcze przyczepić do moich spodni i zanim ruszyłem, musiałem jeszcze nieco się oczyścić :-) Chwilę później przyspieszyłem na polnej drodze i już wspólnie pojechaliśmy do domu :-)
Dane wyjazdu:
20.89 km
0.00 km teren
01:09 h
18.17 km/h:
Maks. pr.:32.30 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Antek
Zakończenie "sezonu", dzień 1
Czwartek, 10 listopada 2011 · dodano: 12.11.2011 | Komentarze 0
Nadchodził długi weekend. Co prawda mieliśmy z Anią wstępnie ustalone, że pojedziemy na Surowinę, ale jakoś nie byłem wewnętrznie otwarty na tą opcję. Od jakiegoś tygodnia miałem wrażenie, że coś we mnie siedzi, choć czułem się normalnie i OK. Mimo to nie stawiłem twardego oporu w kwestii wyjazdu ;-) Dostałem nawet listę rzeczy, które miałem spakować do sakw. No nie ma człowiek swobody... ;-) Nie dałem się jednak tak łatwo i pozwijane w kłębki ubrania i inne przedmioty, powrzucałem dopiero w czwartek rano przed pracą ;-) A co! Ja tu też mam coś do gadania! ;-) Prawda jednak była jeszcze taka, że po prostu nie byłem przekonany do tego wyjazdu. Wiedziałem, że nie czuję się optymalnie i po głowie chodziła mi myśl, jak to się może potencjalnie skończyć.Droga do pracy minęła mi przyjemnie :-) Mimo już niskiej temperatury poranka, jechało mi się swobodnie i w miarę żwawo :-) Sprawdzało się to, że na rowerze gorsze samopoczucie mija... :-) Po południu udaliśmy się z Anią na stację PKP. Ja oczywiście wcześniej musiałem sprawdzić, czy aby na pewno wszystko co trzeba wylądowało w sakwach ;-)
Przy kasie siedział jeden z trybików z maszyny do robienia bajzlu, jaką jest nasz narodowy przewoźnik. Zostaliśmy już co prawda przyzwyczajeni do różnego typu atrakcji, ale jak widać z okazji jutrzejszego Święta Niepodległości podległa państwu firma, postanowiła uraczyć podróżnych kolejnymi urozmaiceniami :-) Ależ byłoby bez nich nudno! Gdy już w końcu wsiedliśmy w pociągu, zrobiło się już bardziej szaro - zarówno w sferze organizacji ruchu kolejowego, jak i tam po drugiej stronie szyby. Gdy dojechaliśmy do Opola, było już całkiem ciemno.
Ledwie wytoczyliśmy się ze stacji, Ania zarządziła jaką trasą mamy wydostać się z miasta i muszę przyznać, że była to najlepsza opcja z możliwych. Mogliby ją zatrudnić w tym PK(X)... Na pewno by lepiej hulało. Po kilku skrzyżowaniach wolniejszej jazdy, postanowiłem nieco przyspieszyć. Tak się złożyło, że akurat moja współtowarzyszka była tuż za mną. To był nasz ostatni kontakt. Ujechałem może kilometr i postanowiłem się zatrzymać, aby na nią poczekać. Nie chciałem, aby zbyt długo jechała sama, a poza tym, to ostatnio czuję jakąś taką dziwną zależność... Cholera wie... Może to właśnie to siedzi mi pod skórą? ;-) Zatrzymałem się na poboczu i oczekiwałem na horyzoncie mrugającego światełka. Minęły dwie minuty, za chwilę trzy i cztery... Przeszedłem się kilkanaście metrów w powrotnym kierunku i nic. Wróciłem do Antka i udałem się w kierunku centrum, wypatrując jadącego roweru w kolorze pszczelim. Niestety na darmo. Naprawdę zaczynałem mieć dziwne myśli i muszę przyznać, że odkąd razem jeździmy, to nigdy jeszcze tak się nie zmartwiłem. Realnie brałem pod uwagę to, że coś mogło się stać. Ogarniało mnie przejęcie. Wypatrywałem, czy na dużym skrzyżowaniu, przez które przejeżdżaliśmy nie widać nic nadzwyczajnego, ale nic nie dostrzegłem, gdyż było ciemno. Wyciągnąłem telefon... Pierwsza komórka... Nie odbiera. Druga... Sygnał... Drugi... Jest! Kurde! I to daleko przede mną! To znaczy za mną, bo stałem przodem w stronę centrum! :-) Musiałem więc narzucić większe tempo, aby dogonić Anię której poleciłem, aby się nie zatrzymywała i nie czekała na mnie. Zeszło ze mnie napięcie... Uff... No i poza tym mogłem sobie lekko przycisnąć :-)
Nie było jednak tak kolorowo, jak mi się to na początku wydawało. Pewnie to wina tego, że słońce już dawno zaszło i wszystko było czarne, lub szare ;-) Zanim zobaczyłem "te" migające światełko, upłynęło naprawdę kilka dłuugich chwil, a Ania i tak musiała na chwilę przystanąć, żeby na mnie poczekać. Kurka chyba faktycznie jest ze mną źle ;-) Dalej jechaliśmy już razem, aż do czasu, gdy postanowiłem zatrzymać się w celach "chusteczkowych". Tuż przed postawieniem stopy na ziemi zauważyłem, że drewniany kościół w Czarnowąsach był ładnie oświetlony. Ciekawe, czy mój sprzęt da radę wykonać dobre zdjęcie...

Gdy dołączyłem ponownie do Ani, czekała już na mnie już na drodze, prowadzącej na Surowinę. Na tym etapie jechaliśmy już spokojniej, choć i tak nasze wspólne wrażenie na dzisiejszy dzień było takie, że jazda była jakaś taka rwana. Tuż przed wjazdem do lasu okazało się, że baterie w lampce Ani są już ledwo zipiące. Wspólnie jechaliśmy więc, opierając się na snopie światła z mojej latarki, która tak na dobrą sprawę oświetlała praktycznie całą szerokość jezdni :-) Po drodze łapaliśmy chwile, gdy ciemny las pięknie współgrał z nocą i wiszącym wysoko księżycem. Mogliśmy więc zaobserwować nastrojowo oświetloną leśną drogę, nad którą między drzewami, unosił się niebiański reflektor, lub też - już na chwilę przed dotarciem na miejsce - pięknie oświetloną księżycem część lasu, po której kładły się długie cienie. To były naprawdę fajne momenty i myślę, że to właśnie dzięki dwóm kółkom, mogliśmy je dostrzec...
Dane wyjazdu:
9.67 km
0.00 km teren
00:27 h
21.49 km/h:
Maks. pr.:29.40 km/h
Temperatura:4.7
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Antek
Antoś wraca do domku
Środa, 9 listopada 2011 · dodano: 09.11.2011 | Komentarze 0
W pracy odebrałem telefon, że Kośka jest już gotowa do odbioru. Od razu więc po szesnastej, udałem się na miasto, aby ją odebrać. Po załatwieniu formalności (ech ta kasa :P ) ruszyłem w drogę, ale niestety od razu zauważyłem, że tylny hamulec jedynie spowalnia koło, ale na pewno nie hamuje. Przed natychmiastowym powrotem do sklepu powstrzymał mnie jedynie fakt, iż osoba serwisująca rower była już nieobecna. Jutro będę musiał telefonicznie zgłosić zastrzeżenia. W drodze na Pogorzelec, zrobiłem 1.8 km.Gdy dotarłem do Ani, zaczęliśmy radzić na temat jutrzejszego wyjazdu. Tak nam się to radzenie przedłużyło, że wyszedłem od niej o godzinie dwudziestej pierwszej (stąd i "nocne eskapady" ;-) ) i od razu zostałem miło zaskoczony panującą na zewnątrz temperaturą :-) Już wcześniej żartowałem sobie, że będę wracał przez "Ankę", więc tym bardziej ucieszyłem się, że "przekręcenie" trasy będzie mogło przebiegać w tak fajnych warunkach :-)
Powietrze było rześkie i jechało mi się bardzo fajnie :-) Gdy wyjechałem na obwodnicę, snop światła z lampki, zaczął wyłapywać unoszące się fale mgły. Nawet nie czułem, abym jechał nocą... Było jakoś inaczej. Czułem się zawieszony w ciemnej próżni. Pedałowałem spokojnie i ochoczo, mijając kolejne metry. Niebawem przejechałem rondo i przycisnąłem nieco, jadąc w stronę Kłodnicy. Przy pierwszych zabudowaniach, zauważyłem ścianę mgły, za którą widoczność ograniczała się może do trzydziestu metrów. Nawet wyprzedzające mnie BMW mocno zwolniło. Gdy wbiłem się w tą ścianę, sytuacja poprawiła się znacznie i można było normalnie jechać :-) Skrzyżowanie przejechałem stosunkowo szybko, ale już na prostej przed Koźlem korba zaczęła kręcić się nieco spokojniej i bardziej miarowo. Ot po prostu łykałem sobie dystans, wykorzystując zaletę dwudziesto ośmio calowych kół.
Gdy przejechałem przez drugi most na Odrze, poczułem się jakoś spokojniej. Nie to, żeby jakoś nie pasowała mi wcześniejsza droga. Wynikało to raczej z faktu, że w końcu znalazłem się w miejscu, w którym mogłem sobie dla frajdy pokręcić :-) Tak więc najpierw udałem się na dworzec PKS, aby na wspominanej już na blogu wiacie, sprawdzić temperaturę, a następnie żwawo wykręciłem do Rynku, który objechałem z uśmiechem na twarzy :-) Dalej przejechałem przez osiedle i po kilku kolejnych skrzyżowaniach, znalazłem się na głównej, z której zjechałem przy Urzędzie Miasta, niknąc po czasie pomiędzy parkowymi drzewami. Na asfalcie znalazłem się już na ulicy Chrobrego, ale już po kilkudziesięciu metrach znów odbiłem do parku, tym razem jadąc uliczkami po jego krańcu. Na sam koniec postanowiłem jeszcze przyhaczyć troszkę o osiedle domków i dopiero po tych kilku kwadratowych serpentynach, udałem się w stronę domu :-)
Ten przejazd dostarczył mi dużo pozytywnej energii i wewnętrzny spokój :-) Poza tym muszę wspomnieć, że po południu nieźle zamulałem, a wsiadając na rower byłem bardzo pozytywnie nakręconym i szczęśliwym człowiekiem! Bolączki minęły. Jutro będę mógł śmiało jechać w trasę! :-) Ech ten rowerek...
_
Chyba jednak nie będzie tak źle ;-)
Dane wyjazdu:
6.06 km
0.00 km teren
00:15 h
24.24 km/h:
Maks. pr.:31.30 km/h
Temperatura:2.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Kosia
Odstawiam Kośkę...
Poniedziałek, 7 listopada 2011 · dodano: 07.11.2011 | Komentarze 0
Na dzisiejszy dojazd do pracy, miałem dwie opcje: autobus, lub rower. Wstawać nie chciało mi się jak zawsze ;-) Gdy jednak już to uczyniłem, przez okno w kuchni zauważyłem, że aura na zewnątrz świadczyła raczej o tym, iż temperatura znajduje się w dolnym przedziale tego, czego można się było spodziewać o tej porze dnia i roku. Mimo to podczas drogi do sklepu uznałem, że jednak mimo wszystko było całkiem znośnie :-) Decyzję przypieczętował fakt, że dreptając na przystanek, nie zdążyłbym już na autobus :-)Po raz pierwszy w tym roku założyłem na dłonie pełne rękawiczki i ruszyłem w drogę :-) Jechało mi się bardzo przyjemnie i nie odczuwałem żadnego wpływu niskiej temperatury :-) Postanowiłem też nie wjeżdżać na promenadę, aby zapewnić sobie większą płynność jazdy. Wiedziałem co prawda, że istnieje prawdopodobieństwo tego, że będę musiał zatrzymać się na światłach, ale gdy dojeżdżałem do skrzyżowania, zapaliło się akurat zielone :-)
Na drodze rowerowej, dopadły mnie pierwsze symptomy lekkiego przegrzania organizmu. Swoją rolę odegrał w tym plecak. Pomyślałem sobie wtedy, że to chyba najgorsze rozwiązanie na rower z możliwych. Jakoś od pewnego czasu nie jestem zwolennikiem plecaka w połączeniu z rowerem. Za zakrętem przed długą prostą zatrzymałem się więc i rozpiąłem sweter tak, aby dać ujście nadmiarowi ciepła. Dalej popędziłem już, kontrolując prawie optymalnie termikę organizmu.
Rowerek został u Ani, a po pracy poszliśmy oddać go do zaprzyjaźnionego sklepu rowerowego na wymianę pancerzy. Już naprawdę nastał na nie czas! Powinienem był zrobić to dużo, dużo wcześniej! Zresztą mam zamiar - zgodnie z sumieniem - odświeżyć nieco Kośkę. Czas na zmiany nadejdzie wiosną...
Gdy wracałem do domu autobusem pomyślałem sobie, że to jakoś tak dziwnie nie mieć żadnego roweru "przy sobie"... Antek od września stoi u Ani... Kosia w serwisie... Dziwna to dla mnie sytuacja.
Kategoria Krótko, nie zawsze na temat ;-)
Dane wyjazdu:
46.76 km
0.00 km teren
01:53 h
24.83 km/h:
Maks. pr.:41.00 km/h
Temperatura:18.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Kosia
Wokół Odry
Niedziela, 6 listopada 2011 · dodano: 06.11.2011 | Komentarze 0
Przed godziną dziewiątą, wyszedłem z Benkiem na spacer. Gdy tylko otworzyłem drzwi od klatki, uderzyła mnie fala ciepłego jak na tą porę roku i dnia powietrza. Nie spodziewałem się, że tak rano będzie już tak ciepło. Od razu ucieszyłem się też, bo to oznaczało, że będę mógł dziś więcej wykręcić na rowerze :-) Wyjście co prawda opóźniło się troszkę, gdyż postanowiłem jeszcze przejrzeć wczorajszy - nie opublikowany jeszcze wpis - i po ewentualnych poprawkach, umieścić go na blogu. Na rower wsiadłem więc dopiero około godziny jedenastej trzydzieści, co nie dawało mi już takiej przewagi w stosunku do dnia poprzedniego.Trasę ułożyłem sobie całkiem fajną :-) Miała ona w stu procentach przebiegać drogami asfaltowymi, więc liczyłem na to, że uda mi się ją pokonać bez większych niespodzianek. Od razu narzuciłem sobie nadzwyczaj silne tempo. Momentalnie MXS podskoczył do niecałych czterdziestu kilometrów na godzinę, a średnia na końcu Gazowej wynosiła dwadzieścia siedem z hakiem. Wiedziałem, że teraz przede mną już tylko równia pochyła - wiadomo w którą stronę ;-) Dzisiejszy dzień z racji naprawdę fajnej temperatury, jeszcze bardziej nadawał się na jazdę rowerem, a ponadto i moje samopoczucie było naprawdę spoko :-) Poranny spacer z Benkiem świetnie mnie nastroił :-) Wjeżdżając na skrzyżowanie z Żeromskiego, bardzo ładnie włączyłem się do ruchu, zazębiając się z nadjeżdżającym znad przeciwka samochodem. Oczywiście musiałem dynamicznie depnąć i dlatego wyszło to tak fajnie ;-)
Utrzymywałem ciekawe tempo - o dziwo, nawet powyżej ustanowionej na początku wysokiej średniej - i szybko dotarłem do skrzyżowania w Kłodnicy, gdzie musiałem odstać swoje, bo właśnie sygnalizator puścił do mnie czerwone oczko. Ruszyłem bardzo dynamicznie, utrzymując wysokie tempo przez kilkaset metrów, po czym nieco zwolniłem, bo jakoś nie chciało mi się zbytnio pędzić ;-) To już nie te warunki do jazdy. Mimo to cały czas jechałem w miarę szybko, dlatego też już po bardzo krótkim czasie minąłem las i znalazłem się w Raszowej. Także i tam nie zabawiłem zbyt długo, docierając do kapliczki przed Leśnicą, gdzie zauważyłem znak czarnego szlaku rowerowego, prowadzącego w jedną stronę do Leśnicy, a w drugą w głąb pola. Na pewno sprawdzę tą dróżkę. Być może już nawet niedługo :-)

Zassałem kilka razy bidon i ruszyłem dalej, doganiając w połowie wzniesienia przed Leśnicą innego rowerzystę, który minął mnie podczas mojego postoju. Pozdrowiliśmy się krótko, po czym przyśpieszyłem, uciekając mu zdecydowanie. Wciąż jechało mi się bardzo fajnie :-) Co prawda na podjeździe do centrum Leśnicy nie bardzo chciało mi się pedałować, ale już po chwili miałem z górki ;-) Na skrzyżowaniu odbiłem w stronę Zdzieszowic i mijając ostatnie zabudowania, zacząłem kręcić korbą bardziej zdecydowanie. Po pewnym czasie zauważyłem własny przypływ energii i uśmiechnąłem się w duchu. Fajnie jest tak machać nogami, nawet pod lekki wiatr i nic sobie z niego nie robić :-) Może jeszcze będą ze mnie ludzie? ;-) Dwieście, trzysta? Czyżby faktycznie miało być i więcej? ;-) Życzyłbym sobie... :-)
W Zdzieszowicach musiałem odstać swoje. To miasto z przejazdem kolejowym w centrum i ja akurat natrafiłem na dwa pociągi. Czekałem cierpliwie, bo choć z jednej strony byłem minimalnie zawiedziony tym, że przerwano mi mój piękny przejazd, to z drugiej wiedziałem, że taka przerwa nawet mi się przyda, a na starcie będę mógł sobie fajnie depnąć ;-) Tak też się stało! :-) Po kilkudziesięciu metrach jazdy, wyprzedziłem nawet wolniej jadący samochód, mijając jeszcze ze swojej lewej strony, stojące w sznurku samochody :-) To fajne uczucie :-) I nie mam na myśli samego wyprzedzania, ale dynamikę, świeżość i możliwości. W tym miejscu ustanowiłem MXS dzisiejszego wyjazdu.
Niebawem dotarłem do promu. Postawiłem Kosię przy balustradzie i zapłaciłem jedyne 50 groszy za przeprawę. Hm... Gdy byłem tu z Anią wyszło jakoś więcej. Czyżby jakaś promocja? ;-) Za wiosło chwyciłem tym razem sam i ochoczo zabrałem się do przeciągania promu na drugi brzeg :-) Pozytywne to było :-) No i zawsze to jakieś urozmaicenie :-) Po zejściu na ląd, znów miałem okazję zaobserwować kolory jesieni... Poborszowski las był miejscami przepiękny, a przy tym ukazywał takie smaczki jak na przykład ozłocona polana, na której malowniczo leżały przewrócone drzewa. Nawet żałowałem, że nie zatrzymałem się na zdjęcie...


Docierając do Kamionki, dały o sobie znać pierwsze - jeszcze minimalne - symptomy zmęczenia. Nie miałyby one najpewniej żadnego wpływu na moją jazdę, ale niestety - jak się okazało - były ono w zmowie z północnym wiatrem. Średnia zaczęła spadać, ale nic sobie z tego nie robiłem. W końcu nie jeżdżę przecież dla średniej! Był to jednak zdecydowanie najgorszy odcinek dzisiejszej trasy. Tuż za Kamionką zatrzymałem się jeszcze na krótki odpoczynek, w którym towarzyszyły mi gawrony, licznie okupujące samotne przydrożne drzewo. Gdy tylko skierowałem ku nim obiektyw aparatu, jeden po drugim zaczęły opuszczać ogołocone z liści gałęzie. Dziwne. Przecież aparat w niczym nie przypomina strzelby ;-)

Wiatr ciągle przeszkadzał w jeździe. Za Dobieszowicami sytuacja uległa jeszcze nieznacznemu pogorszeniu. Na moment zatrzymałem się na wzniesieniu, spoglądając na okolicę, a po chwili do moich uszu dobiegł dźwięk sygnału z przejeżdżającego szynobusu. Pamiętam, jak sam nim jeździłem... Byłem wtedy ciekaw, jak to jest jeździć po takiej drodze wśród pól... Ciekawe ilu rowerzystów jedzie w tym pociągu dzisiaj? Czy zostałem dostrzeżony przez kogokolwiek z tego pociągu? Czy choć część z podróżnych, chciałaby być na moim miejscu? Ot takie luźne i pozostawione bez odpowiedzi pytania postawiłem sobie sam przed sobą. Ja wiem, że nie zamieniłbym się z nikim. Ruszyłem ciesząc się przez moment ze zjazdu, po czym znów musiałem stawić czoła wiatrowi. To był mniej przyjemny fragment wyjazdu, choć byłem bardzo daleki od oficjalnego zauważenia tej niedogodności ;-) Wygłodniały rowerowych wrażeń, nie zważałem na opór a ponadto, to jeździłem już przecież w gorszych warunkach. De facto był to tylko ot taki sobie przeciwny wiaterek :-)
W głowie miałem ułożoną dalszą trasę po krajowej "czterdziestce" i choć wiedziałem, że będzie czekał mnie na niej podjazd, to nie za bardzo miałem dla niej alternatywę. Gdy jednak dotarłem do pierwszych zabudowań Pokrzywnicy, zauważyłem boczną asfaltową drogę, prowadzącą w kierunku osiedla. No tak! Przecież biegnie w stronę góry echa! Bez namysłu zjechałem z głównej i po kilku krótkich minutkach, dotarłem do znanego sobie skrzyżowania :-) Co prawda wiatr wciąż troszkę dokuczał, ale było już zdecydowanie lepiej :-) Szybko śmignąłem między polami i znalazłem się w Komornie, gdzie odbiłem w kierunku Większyc i skrzyżowania, w które wjeżdżałbym też, jadąc uprzednio zaplanowaną drogą krajową :-)
Po jej drugiej stronie, na wybiegach znajdowało się kilka koni z pobliskiej stadniny. Pozytywnie minąłem dwa zakręty, po czym zauważyłem średniej wielkości czarnego psa, kręcącego się przy drodze. Ojć... Wiedziałem, że pieski z tych gospodarstw są nawet mocno szczekliwe, więc minąłem go jadąc w lekkim napięciu, ale okazało się, że ów piesogość był grzeczny ;-) Szybciutko dotarłem do następnego skrzyżowania, wjeżdżając na nie równo z innym rowerzystą jadącym po głównej. Od razu przyśpieszyłem, wyprzedzając go i jednocześnie zjechałem na prawo. Po bardzo krótkiej chwili znów dotarłem do głównej, starając się nieco zwiększyć tempo. Minąłem rondo i nie męcząc się zbytnio, puściłem się z górki, pokonując równie leniwie pozostałe kilometry, dzielące mnie od domu :-)
_
Chyba lubię jesień... ;-)
Kategoria Krótko, nie zawsze na temat ;-)
Dane wyjazdu:
46.46 km
0.00 km teren
02:12 h
21.12 km/h:
Maks. pr.:31.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Kosia
Jesienne zakamarki Dzielnicy
Sobota, 5 listopada 2011 · dodano: 05.11.2011 | Komentarze 0
Poranek rozpoczął się rowerowo... :-) To znaczy promieniała ze mnie rowerowa pasja :-) Chyba już dawno tak to ze mnie nie wychodziło :-) Nastał wyczekiwany przeze mnie od kilku dni weekend. Pogoda zapowiadała się zgodnie z oczekiwaniami, zatem wystarczyło jedynie przystąpić do realizacji rowerowej pasji, wybierając wcześniej jakąś trasę :-) Jednocześnie chciałem zrobić kilkadziesiąt kilometrów, aby jeszcze przed nadejściem zimy się napedałować, a z drugiej strony nie chciałem jeździć zbyt długo, aby zdążyć wrócić jeszcze wtedy, gdy dzień będzie ładny. Po kilku krótkich chwilach do głowy wpadła mi myśl, aby dziś sprawdzić trasę na Dzielnicę którą minąłem, gdy jechałem niegdyś przez Zakrzów.Od samego początku nękał mnie przeciwny wiaterek, ale nie zważałem na niego prawie w ogóle. Wciąż mam w pamięci miesięczną posuchę bez roweru, dlatego też rowerowe chęci trzymały się mnie mocno! :-) Coś mi mówi, że jeszcze bardzo długo będę "wspominał" miniony miesiąc. Na promenadzie zauważyłem brak bidonu, ale postanowiłem już nie wracać się po niego. Przede mną były najlepsze godziny jesiennego dnia, tak więc chciałem trzymać się planu. Zamierzałem też wstąpić na stację i dopompować przednie koło, ponieważ ostatnio coś nie bardzo napompowało się tyle, na ile powinno. Przy okazji chciałem też kupić coś do koszyczka, ale na miejscu okazało się, że przy kompresorze stoją dwa samochody. Grzecznie poczekałem na swoją kolej, po czym ruszyłem w dalszą drogę, nie przejmując się już brakiem napoju. Dam radę :-)
Ta część parku, przez którą właśnie przejeżdżałem, jak zwykle jesienią wyglądała malowniczo. W pewnym momencie miałem nawet wrażenie, że wręcz jestem zatopiony w żółci :-) Dojeżdżając do ulicy, kontynuowałem jazdę asfaltem, po chwili uświadamiając sobie, że przecież mogłem pojechać parkiem jeszcze prosto i wyjechałbym kawałek dalej, tym samym jadąc nieco krócej po ruchliwej drodze. Jeszcze przed Dębową, spotkałem kolegę z pracy, który zmierzał również na rowerze, lecz w stronę Koźla. Mimo, że jedynie machnęliśmy sobie na powitanie, to ucieszyłem się z tego spotkania, bo ów jegomość, to spoko gość :-) Gdy zbliżałem się już do zbiornika, zdałem sobie sprawę, że pomyliłem kierunki :-) Miałem przecież pojechać w kierunku na Cisek, a jechałem drogą prowadzącą do Długomiłowic! :-) Może to dlatego z parku wyjechałem podświadomie na ulicę, skąd mogłem odbić w dobrym kierunku, lecz nieświadomie popełniłem błąd? Nic to. Postanowiłem nie rezygnować z dalszej jazdy mimo, że po drodze mogłem odbić na całkiem przyjemny polny trakt, którym dotarłbym do odpowiedniej drogi. No problem! Pojadę i tak! :-)
Starałem się utrzymywać spokojne, lecz nie za wolne tempo. Znów nie chciało mi się śpieszyć :-) Chciałem, aby jazda była jak najbardziej płynna. Niebawem dotarłem do Długomiłowic, gdzie czekał mnie krótki podjazd, za którym zjechałem z głównej drogi wiedząc już, w którym miejscu spotkają się pierwotna i alternatywna trasa mojego przejazdu :-) Chyba muszę przyznać, że mam już w głowie troszkę zapamiętanych tras :-) A przecież był czas, gdy byłem zdania, że tu nie ma gdzie jeździć... ;-)

W dobrym nastroju dotarłem do Zakrzowa, gdzie zauważyłem za zabudowaniami przy drodze dwa śnieżnobiałe konie, przy których kręcili się jacyś ludzie. Gdy byłem już poza obszarem zabudowanym i zbliżałem się do decydującego skrzyżowania, zauważyłem na polu coś brązowego. I znów tym razem nie byłem pewien, czy to kura, czy też bażant :-) Przy okazji miałem także możliwość zaobserwowania otoczenia i muszę przyznać, ze to całkiem ładne okolice, nadające na krótkie rowerowe wypady, choć raczej na takie bardziej dla samego pokręcenia. Po chwili okazało się, że tym razem na polu urzędował kot :-)
Jechałem przed siebie nieznaną mi drogą, początkowo będąc na niej mało skupiony. W Nieznaszynie wykonałem bardzo krótki postój, a gdy ujechałem kilkaset metrów, z przydrożnego drzewa spadły trzy liście. Próbowałem nawet nie zatrzymując się chwycić jeden z nich, ale wyślizgnął mi się między małym, a serdecznym palcem ;-) Zacząłem także kojarzyć, gdzie mógłbym się znajdować i po krótkim czasie okazało się, że trafiłem w dziesiątkę :-)

Niebawem dotarłem do Dzielnicy, gdzie nieco zamotałem się na skrzyżowaniu, będąc dodatkowo nękany przez "natrętnego" psa ;-) Ostatecznie jednak z pomocą nawigacji, wjechałem w odpowiednią drogę, która doprowadziła mnie do miejscowości Przewóz :-) To był już czas, gdy na poważnie zacząłem zastanawiać się, czy uda mi się w tym miejscu przekroczyć Odrę i przejechać do Dziergowic. Nie byłem tego pewien, gdyż różne mapy różnie pokazywały tą drogę - jedne z mostem, inne bez. Na moment jeszcze zatrzymałem się, przy stojącym przy drodze drewnianym kościółku, gdzie zauważyłem też znak informujący o żółtym szlaku, a następnie dojechałem do - jak się okazało - decydującego skrzyżowania, przy którym stał znak D-4a. Nie zrażając się tym, obejrzałem cokół z łodzią i umieszczoną nieopodal kotwicę. Postanowiłem też, że podjadę do Odry, skoro byłem już tak blisko :-)

Jechałem spokojnie, mijając ostatnie zabudowania. Jeśli faktycznie dobrze sprawdziłem przed wyjazdem, to znajdowałem się na drodze wojewódzkiej. Czy na takiej drodze nie powinien być przypadkiem zapewniony ciągły przejazd? Przy ostatnim gospodarstwie pasło się stadko krów. W ogóle trzeba przyznać, że to był wyjazd o charakterze rolniczym. To poorane pola, to buraki leżące w hałdach przy drodze, to właśnie bardzo częsty widok pasących się krów. Czyżby to miały by być ich ostatnie podrygi przed zimą?
Dojeżdżając do końca drogi, zauważyłem złamany szlaban i zakaz wjazdu, przy którym stał samochód, a w oddali szło dwóch wędkarzy. Zauważyli oni moją obecność i obserwowali mnie, aż do czasu mojego odjazdu, a może i dłużej, czego z całą pewnością stwierdzić nie mogę, gdyż miałem ich za plecami ;-)

Postanowiłem udać się w drogę powrotną, wybierając drogi prowadzące jak najbliżej rzeki. Już na pierwszym skrzyżowaniu, czekał mnie dylemat :-) Z jednej strony nie chciałem rezygnować z jazdy po asfalcie, a z drugiej, w prawo biegł żółty szlak, poprowadzony polną drogą. Po krótkim namyśle, postanowiłem jednak zrezygnować z wcześniejszych założeń co do typu trasy tym bardziej, że droga wyglądała nawet zachęcająco. Jak to jednak często bywa, początkowe wrażenie okazało się być złudne :-) Tak więc droga z czasem poczęła tonąć w liściach, utrudniając mi wyłapanie nierówności i choć wciąż jechało mi się dobrze, to jednak do mej głowy wszedł pewnego rodzaju element niepewności ;-) Zrobiło się też wężej, a ja zacząłem myśleć sobie w mięczyczasie, że te okolice wciąż są dla mnie nieodkryte. Jakoś dużo tu dróg, powiązanych ze sobą, w których nie bardzo potrafię się znaleźć. Nie jeżdżę tędy zbyt często i to pewnie dlatego w wyobraźni, jestem w stanie umieścić się tylko na tych głównych. Chyba wiosną spędzę tu cały dzień, żeby je wszystkie obczaić i zrobić sobie w pamięci swego rodzaju mapę ;-)


Po stosunkowo krótkim czasie, znów znalazłem się na drodze asfaltowej, już całkiem blisko własnych okolic. Według nawigacji, mogłem wyjechać tuż przed drewnianym mostem na Odrze w Cisku. Byłem ciekaw jaką drogą będzie dane mi tam dojechać. Wszak jeśli okaże się, że jest spoko, to będzie to naprawdę fajny trakt wylotowy w te rejony :-) Tak też i było :-) Droga okazała się być wąską i spokojną asfaltówką, bardzo dobrze nadającą się na jazdę rowerem :-) Zacząłem się nawet zastanawiać, czy i jutro nie przyjechać właśnie tutaj, aby tym razem ułożyć sobie trasę po innej pętli :-)
W międzyczasie zaczęło coraz to mocniej męczyć mnie pragnienie, dlatego też zakręciłem krótką pętlę w Cisku, w poszukiwaniu otwartego sklepu. Znalazłem go co prawda, ale nie uśmiechało mi się zostawiać Kosi samej, dlatego też nie schodząc nawet z niej, ruszyłem dalej przed siebie. Oczywiście wybrałem wariant polnego skrótu, którym jak zwykle jechało mi się bardzo przyjemnie. Gdy go ukończyłem, czekał mnie nieco nudniejszy fragment do Kobylic, ale szczęśliwym trafem urozmaicił mi go paralotniarz, kręcący kółka nad moją głową :-) Co prawda nie dorobiłem się jeszcze żadnego mocowania do aparatu przy kierownicy, ale miałem go zawieszonego na szyi, więc tym razem nic mi nie uciekło :-)

Kilkaset metrów dalej, zatrzymałem się jeszcze, aby pstryknąć fotkę okolic naszej działki i ochoczo ruszyłem dalej, po czasie wjeżdżając do kozielskiego parku. Tym razem nie wydłużałem już drogi do domu :-)
Kategoria Krótko, nie zawsze na temat ;-)


