Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi Kosiek. Odkąd jestem na bikestats.pl przejechałem 34372.37 kilometrów. Średnia prędkość wynosi aktualnie 21.12 km/h - trochę mało, ale spowalnia mnie Balast ;-)

Więcej moich rowerowych statystyk.



baton rowerowy bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Kosiek.bikestats.pl

Archiwum bloga

Wpisy archiwalne w kategorii

Wypady, nie w(y)padki ;-)

Dystans całkowity:11362.69 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:530:50
Średnia prędkość:21.41 km/h
Maksymalna prędkość:78.56 km/h
Liczba aktywności:161
Średnio na aktywność:70.58 km i 3h 17m
Więcej statystyk
Dane wyjazdu:
49.70 km 0.00 km teren
02:02 h 24.44 km/h:
Maks. pr.:38.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Kosia

Surowińska pętelka po raz drugi :-)

Poniedziałek, 3 sierpnia 2015 · dodano: 13.09.2015 | Komentarze 0

Gdy Kasia poszła spać, ja wybrałem się na rower :-) Nie mając przygotowanego wcześniej kompletnie żadnego planu, postanowiłem przejechać pętelkę :-)



Było bardzo gorąco. Ponadto za Kupami przy asfaltowej nitce rozłożyli się robotnicy i jechałem tam główną drogą.

Brzezie. Przy wiadukcie.


Dane wyjazdu:
58.00 km 0.00 km teren
02:28 h 23.51 km/h:
Maks. pr.:37.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Kosia

Turawski objazd :-)

Sobota, 1 sierpnia 2015 · dodano: 13.09.2015 | Komentarze 0

Zaplanowana na dziś dwusetka nie doszła do skutku. Dwie starsze dziewczyny pojechały na zakupy... Bleh...! :P 



Wyjechałem zaraz po obiadku :-) Trasę wytyczyłem umieszczając dosłownie kilka punktów na mapie, a wyszła naprawdę bardzo fajna! :-) Okolice do szosowej jazdy krajoznawczej są tu jak znalazł :-)

Mały zbiornik wodny za Luboszycami.


Przyjemnie biegnąca droga :-) Za plecami wyrysowany na drzewie niebieski szlak :-)


Postój za Kotórzem Wielkim.


Postój za Rzędowem.


I gdzie ja jestem? ;-)


Odcinki specjalne leśne, czy polne, to będzie chyba nowa tradycja ;-)


Grabie :-) Żniwa nasuwają wspomnienia z dzieciństwa... :-)


Dane wyjazdu:
74.70 km 0.00 km teren
03:06 h 24.10 km/h:
Maks. pr.:35.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Kosia

Potrójny surowiński objazd

Piątek, 31 lipca 2015 · dodano: 13.09.2015 | Komentarze 0

Zaraz po obiedzie wybrałem się na obowiązkowy Kośkowy przejazd. 



Zrobiłem trzy pętle. Za każdym razem aż do Chróścic miałem pod wiatr. Na pierwszej pętli w Brzeziach usmarowałem się jakimś paskudztwem naniesionym na jezdnię przez ciężarówki cementowe. Między drugą a trzecią pętlą miałem bufet przy domu ;-) Szybkie uzupełnienie bidonu i dalej w drogę :-) Ostatnia pętla nieco mocniejsza - goniłem jakąś rowerzystkę ;-) Prócz tego każdy z trzech krótkich podjazdów na wiadukt kolejowy był mega frajdą :-) Dosłownie ciągnąłem rower ze sobą! Super! Na zakończenie jazdy, dostałem jeszcze misję specjalną ;-)  

Pierwsza pętla. Leśny zjazd do Chróścic, ale przez wiatr nic a nic nie skorzystałem na teoretycznie korzystnym nachyleniu terenu.


Dane wyjazdu:
126.00 km 0.00 km teren
05:04 h 24.87 km/h:
Maks. pr.:40.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Kosia

Surowińskie 125 :-)

Czwartek, 30 lipca 2015 · dodano: 13.09.2015 | Komentarze 0

Zaraz po śniadaniu wsiadłem na Kosię. Zaplanowane miałem sto dwadzieścia pięć kilometrów. Było słonecznie, ale też wietrznie.



Odcinek do Olesna jechało się całkiem fajnie :-) W okolicach Jełowej byłem też świadkiem jak TIR bronił się ucieczką do rowu, przed najechaniem na tył busa. Całe szczęście skończyło się szczęśliwie :-) Etap przed Olesnem był najszybszy na całej trasie. Później czekał mnie jednak odcinek specjalny między polami ;-) A miał być tu asfalt ;-) Do Dobrodzienia wachlowałem w miarę sprawnie, choć momentami mocno dokuczał wiatr. Na miejscu zrobiłem małe zakupy spożywcze i po kilku minutach postoju ruszyłem dalej. Za Pludrami wpakowałem się na następny odcinek specjalny - tym razem leśny ;-) Przy okazji trafiłem na fajny zbiornik wodny :-) Leśny etap za Kolonowskim był całkiem spoko, choć wiatr nie ustawał. W Ozimku powitały mnie dwa monopolowe, ale w końcu trafiłem do normalnego spożywczaka, uzupełniając płyny :-) Wkrótce dotarłem do Dylaków, gdzie na trasie zaczepiała mnie jedna małolata, ale nic z tego nie wyszło ;-) Coś ciocia Kasia miała nosa z pewnymi tekstami, przed moim wyjazdem ;-) Byłem już całkiem blisko domu, ale wiatr wciąż nie ustawał. Od Rzędowa jechało się jeszcze ciężej. Mimo to dojechałem na miejsce o zakładanej siedemnastej :-)

;-) Pierwszy postój - wymuszony :-)


Postój przed Olesnem.


Odcinek specjalny pole pokonany ;-)


Opuszczona gospoda w Kocurach.


Wjazd do Dobrodzienia.


Spożywczy postój :-)


Odcinek specjalny las ;-)


Warto było zjechać z trasy te kilkadziesiąt metrów :-)


Krótki postój za Dylakami :-)


Rzędów. Przystankowy przystanek :-) Na drugim zdjęciu jakiś stary dzwonek :-)


Okolice Kotórza.


Za Kolanowicami.


Droga Biadacz - Czarnowąsy. Żniwa w toku :-) W oddali elektrownia Opole.


Dane wyjazdu:
69.90 km 0.00 km teren
02:59 h 23.43 km/h:
Maks. pr.:53.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Kosia

Wakacyjny wyjazd po Kosię.

Piątek, 24 lipca 2015 · dodano: 12.09.2015 | Komentarze 0

W tym roku - mimo długiego urlopu - świadomie zrezygnowałem z wyprawy rowerowej. Postanowiłem zatem podjechać do domku po Kosię. Droga na PKP, to była istna gonitwa i zdążyłem prawie na styk ;-) 



Było bardzo gorąco! Za Górą św. Anny pomyliłem zjazdy i nawracając glebnąłem dwa razy w tym samym miejscu! Cholera by to wzięła... W Opolu wpakowałem się na niby ścieżkę rowerową (która de facto nią nie jest) i skończyłem w polu. Później po schodach wdrapałem się na wiadukt i tyle było z chęci nie obcowania z TIRami. Na miejsce dojechałem o siedemnastej dziesięć. Przed wyjazdem planowałem powrót na siedemnastą :-) Opole zrobiło swoje.

Żniwa w pełni! :-)


Motylek wpadł mi za rozpiętą koszulkę. Niestety nie skończyło się to dla niego zbyt dobrze...


Przystanek na trasie. Za chwilę dojeżdża do mnie szosówka i od razu pada pytanie, czy złapałem dziurę. Miło. Szerokości kolego!


Wylot z Walidróg.


Wjeżdżamy do Opola.


Przygoda pod wiaduktem ;-)


Wspomnienia z wakacji ;-)


Niby droga, a nie droga ;-)


Już niedaleczko :-)


Dane wyjazdu:
58.64 km 0.00 km teren
03:18 h 17.77 km/h:
Maks. pr.:35.30 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Antek

Roztocze 2015, dzień 6: Rekordowe Roztocze po raz drugi :-)

Wtorek, 21 lipca 2015 · dodano: 12.09.2015 | Komentarze 0

Od rana było słonecznie :-) Znów szykował się ciepły dzień :-) Po śniadaniu usiadłem z laptopem i mapami, aby nakreślić jakąś trasę :-) Wyszło mi niecałe sześćdziesiąt kilometrów, lecz na szczęście większość asfaltem ;-) 



Przejechaliśmy obok Rudki, a następnie niedawno poznaną ścieżką, gdzie Karolek na samo wspomnienie tego miejsca, zrobił się bardzo głodny ;-) Niestety tym razem nie zatrzymywaliśmy się na jagody, ponieważ Kasia spała i chcieliśmy w tym czasie pokonać jak największy dystans. Niebawem wjechaliśmy na asfalt w kierunku Obroczy i Bondyrza. Podobnie jak i kilka dni temu bocianów było tu co niemiara! Na jednym z gniazd jeden z nich pięknie, charakterystycznie klekał dziobem, co w fajny sposób podkreśliło ten bociani odcinek :-) Przed Krasnobrodem odbiliśmy na leśny trakt. Ogólnie jednak aż do kompleksu plażowego - mimo fajnych miejsc - nie robiłem zdjęć, z uwagi na śpiącą Kasię. Gdy wyjechaliśmy już z lasu, trochę ryzykownie postanowiłem wjechać na wał, lecz zatrzymałem się w połowie drogi. Opony przy masie całkowitej przyczepki nie dały rady. Na szczęście z pomocą ruszyła Aneczka i jeden z trzech panów cyklistów stojących na nasypie :-) Dalej okazało się że - tak jak się spodziewałem - mogliśmy wjechać na ów nasyp bez żadnego nachylenia terenu. Tak też prowadził nasz ślad. 
Z Krasnobrodu wyjechaliśmy bardzo szybko, mijając dinopark w którym byliśmy w niedzielę :-) Dobra nawierzchnia skończyła się bardzo szybko i asfalt - piękny na mapie - okazał się być mieszaniną dziur, łat, dziur i jeszcze łat na dziurach. Jednym słowem: strasznie! Prędkość podróżna radykalnie spadła, a do tego doszły jeszcze podjazdy. Ja miałem z tego powodu frajdę! :-) Minęliśmy kilka miejscowości i w końcu dojechaliśmy do drogi wojewódzkiej, wzdłuż której biegła droga rowerowa :-) Tak dotarliśmy do tamtejszych kamieniołomów :-) 
Na miejscu wspięliśmy się na wieżę widokową z której podziwialiśmy rozległą panoramę. Schodząc rozglądałem się za weselnymi znajomymi, których spotkaliśmy tu dwa lata temu ;-) Zgodnie z moim planem wjechaliśmy też w kamieniołomy rowerami (ku średniemu zadowoleniu Aneczki ;-) ) i przejechaliśmy je całe :-) Ja miałem z tego piękną rowerową frajdę! Słońce grzało maksymalnie jak ostatnim razem, a do tego obciążenie w postaci przyczepki i techniczna jazda! CUDO! :-) Bardzo podobał mi się ten przejazd! :-) Wisienką na całości był ostatni zjazd: piaszczysty, z napierającą na tylną oś przyczepką i mocno technicznym hamowaniem. Daliśmy rady! :-) Gdy emocje były już za nami, udaliśmy się obiadek przy w centrum Józefowa, a niedługo potem nad znajomy nam staw i plażę :-) Tym razem nie wypożyczaliśmy kajaku, a samo plażowanie było dosyć krótkie. Słońce waliło z góry niemiłosiernie i Karol w wodzie miał wspaniałą zabawę, ale Kasia była już zmęczona trasą, zapewne temperaturą i całym dniem. Nasze dzieci pokonały dziś nieco ponad czterdzieści kilometrów bez wysiadania z przyczepki! 
Odwrót z plaży miał szare barwy. Kwiatuszek mocno płakał, a ponadto z nieba zaczęło lekko padać. W końcu jednak opanowaliśmy nieco sytuację i ruszyliśmy w drogę. Dłuższy postój zaliczyliśmy jeszcze na skraju lasu, ale gdy tylko Kasia się uspokoiła, zaczęliśmy szybko pokonywać dystans asfaltem. Biorąc pod uwagę sytuację, postanowiłem odłączyć się od Pszczoły i jak najszybciej dojechać do naszego tymczasowego domku. Ania znała trasę i miała przy sobie komórkę na wszelki wypadek. Deszcz nieco się wzmógł, ale tuż przed wjazdem do lasu - w Górecku Starym - przestało już padać. Ja starałem się jednak jechać efektywnie. Tuż obok Izby Leśnej we Floriance minąłem przyczepkowicza a później już na Lipowej w Zwierzyńcu kolejnego. Tym razem był to pojedynczy Chariot! Przypatrywałem się mu z daleka i już serce mocniej mi zabiło, lecz gdy się mijaliśmy okazało się, że przyczepka miała kolor fioletowy... Nawet nie oglądałem się czy na bagażniku była charakterystyczna plama... Spotkać naszą przyczepkę tutaj, to byłoby cudo...! W kilka chwil później dotarliśmy do domku, a Pszczoła wjechała jakieś pięć minut po nas :-) Dzieciaczki jeszcze spały... :-) 

Przy Zagrodzie Guciów. Bociany jeszcze nie odleciały :-) 


Znalazła się zguba ;-)


Krasnobród :-) Tylko go przejeżdżamy :-)


Mega wyboista droga i dwa fajne podjazdy :-) Przyczepkowicze dają rady! :-)


Na skraju Krasnobrodzkiego Parku Krajobrazowego :-)


Jesteśmy u celu! :-) Czy w tych kamieniołomach zawsze jest tak gorąco? ;-)


Widoki z wieży...


...i ze spaceru...


...a także rowerowe - zdecydowanie najlepsze! :-)


W oczekiwaniu na obiadek :-)


Centrum Józefowa :-)


Znajomy mostek w oddali i kaczuchy przy brzegu :-) 


Plażowanie :-)


Dane wyjazdu:
52.07 km 0.00 km teren
02:58 h 17.55 km/h:
Maks. pr.:50.30 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Antek

Roztocze 2015, dzień 5: Rekordowe Roztocze :-)

Poniedziałek, 20 lipca 2015 · dodano: 12.09.2015 | Komentarze 0

Wczoraj przyjechała do nas Wola :-) Dzień spędziliśmy na rozjazdach i niestety nie starczyło już czasu na rower, a miałem na niego ochotę... W nocy była straszna burza, a dzisiejszy poranek lekko niepewny. Nie zaplanowaliśmy zatem nic wielkiego.



Na początku podjechaliśmy na ostoję konika polskiego, ale chyba się stamtąd wyprowadziły ;-) Ruszyliśmy zatem do mini zoo, ale szybko okazało się, że wujek google coś nam źle podpowiedział. Zdecydowaliśmy się zatem dojechać do Szczebrzeszyna :-) Droga była spokojna i malownicza. Nie brakowało również pagórków :-) Dzień zrobił się słoneczny i momentami bardzo ciepły :-) Wracając, podjęliśmy decyzję, aby jednak wbić na drogę wojewódzką na Biłgoraj i zobaczyć zaplanowane na dziś mini zoo. Nie było najgorzej, bo w zasadzie minęły nas tylko dwa TIRy, ale zdecydowanie był to najgorszy odcinek dzisiejszej wycieczki. Na miejscu Karolek miał frajdę! Widział między innymi strusie i emu, a także zebrę :-) Kasia wydawała się być lekko zszokowana widokiem nowych stworzeń :-) 
Zrezygnowaliśmy z obiadku w tym miejscu i wyruszyliśmy w drogę powrotną przez Sochy. No i się zaczęło... Kasia była już zmęczona jazdą, robiliśmy przystanki nawet co kilkaset metrów. Nie pomagały chrupki, później nieco wytchnienia dały paluszki. Ostatecznie przed Zwierzyńcem zasnęła i w spokoju dojechaliśmy na obiad. Co by nie było - wykręciliśmy bąbelkowo-kwiatuszkowy rekord dystansu i prędkości! :-) Wcale tego nie planowaliśmy :-) Dzionek ostatecznie był piękny do samego końca, a wieczorem podziwialiśmy nasze rowerowe opalenizny :-)

Ostoja konika polskiego i łabędzie z brzydkimi kaczątkami w oddali ;-)


Krasnale i ule przy muzeum :-) Karolek był bardzo zaciekawiony :-)


Kościół w Topólczy z krzywym krzyżem :-) Po drugiej stronie ulicy wjazd do krótkiego wąwozu, który odwiedziliśmy w drodze powrotnej :-)


Jedyna atrakcja Szczebrzeszyna ;-)


Pomnik w Kawęczynie, poświęcony ruchowi oporu AK. 


W małym wąwozie :-)


Mini zoo :-)


Przystanek Kwiatuszka :-)


Kolejny przystanek Kwiatuszka ;-) Jeden z autochtonów narobił mi smaka na piwo ;-) W rozmowie wyszło, że przez dziesięć lat mieszkał w naszych okolicach na opolszczyźnie :-) 


I kolejny przystanek Kwiatuszka ;-) Podjazd nie był straszny :-)


Dane wyjazdu:
31.98 km 0.00 km teren
02:33 h 12.54 km/h:
Maks. pr.:31.70 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Antek

Roztocze 2015, dzień 2: Roztoczańska piaskowo-przyczepkowa przeprawa :-)

Piątek, 17 lipca 2015 · dodano: 12.09.2015 | Komentarze 0

Drugiego pełnego dnia pobytu, wybraliśmy się do Guciowa. Dzień zapowiadał się bardzo ciepły i podobnie jak Aneczka wczoraj, również i ja ubrałem dziś sandały. Od początku czułem dużą różnicę podczas pedałowania w porównaniu z wczorajszymi adidasami (a gdzie im w ogóle do SPD za którymi tęsknię...!)



Z Placu Rynek musiałem wrócić się jeszcze do domu, ponieważ zapomnieliśmy bidonów z piciem :-) Na starcie podwyższyłem sobie średnią ;-) Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że na nic się to zda ;-) W końcu ruszyliśmy, spotykając parę z dziećmi, która wczoraj jadła z nami obiad :-) W Zwierzyńcu często spotyka się te same twarze :-) Wjechaliśmy do lasu, przez który prowadziła (to dobre słowo!) piaszczysta droga. I my w końcu zaczęliśmy prowadzić nasze rowery, bo inaczej się nie dało! :-) Na horyzoncie pojawił się samochód, a jego kierowca poinformował nas, że tuż obok biegnie ścieżka, którą można jechać. Serdeczne dzięki! Ścieżki wcale nie było widać z perspektywy drogi, ale już po kilku metrach Ania znalazła odpowiednie wejście i od tej pory pokonywaliśmy dystans wąskim zawijasem :-) Pszczoła wysunęła się na czoło, a ja z racji większych gabarytów, posuwałem się dużo wolniej. Niedługo potem trafiliśmy na jagodową polankę :-) Karolek miał więc jagodową frajdę :-) Ja również cieszyłem się z faktu, że ma styczność z naturą.
W końcu dojechaliśmy do asfaltu, kierując się na Obrocz, gdzie zauważyliśmy najpierw pojedynczy kajak, a później ich grupę. Jechaliśmy spokojnie w kierunku Guciowa wśród ładnego lasu (ostatnim razem byliśmy tu samochodem i mocno lało), ale ja nie wytrzymałem długo tego spokojnego tempa i odłączyłem się od Pszczoły, zatrzymując się dopiero przy pierwszych zabudowaniach :-) Dalej znów jechaliśmy razem :-) Na miejscu zjedliśmy lody i zrelaksowaliśmy się nieco, a Karolek prowadził niby to pociąg, niby to traktor :-)
Jadąc dalej zjechaliśmy nieco z wytyczonego wcześniej planowo szlaku, by dotrzeć do starego młyna i restaruacji położonej tuż obok. Trzeba było spróbować serwowanej tutaj rybki! :-) Pszczoła trochę się nam pogubiła, ale ostatecznie się odnaleźliśmy :-) Karolek i Kasia mieli zabawę w dużej piaskownicy, lecz szybko wyrwałem z niej Bąbla, aby pokazać mu rzeczkę, gdzie troszkę zamoczył stópki :-) Mama i Kasia też chyba chciały skorzystać z zimnej wody, ale krzywe schodki pokrzyżowały im plany ;-) Zamówiona ryba przyszła szybko, lecz trzeba przyznać, że była mniej smaczna, niż tutejsza zwierzyniecka :-)
Po obiadku ponownie ruszyliśmy na szlak troszkę improwizując :-) Początkowo jechało się świetnie! Była nawet kostka brukowa zamiast piasku, ale po kilkuset metrach trafiliśmy na ekipę remontową i zarządziłem zjazd w las. Posuwaliśmy się zgodnie z zaplanowanym kierunkiem, ale leśny trakt robił się coraz to bardziej wymagający. Za nawrotem zrobiło się mega piaszczyście i aż do drogi asfaltowej położonej jakieś trzy kilometry przez Zwierzyńcem, mieliśmy mega przeprawę :-) Aneczka była zmęczona, a mnie aż pot ciekł po czole :-) Ciągnąłem Antka i przyczepkę :-) Gdzie dało się jechać jechałem, ale często już po dwóch obrotach korby, piasek wymuszał zatrzymanie. Jazda nie miała sensu! :-) W końcu dojechaliśmy do znajomego punktu przy asfaltowej drodze, skąd można było ponownie pojechać nowo poznaną ścieżką :-) Gdy ją pokonaliśmy, od Rudki dzieliła nas na szczęście już tylko utwardzona ulica :-) Jechałem na przedzie :-) Pokonałem wąski mostek i zatrzymałem się na plaży. To miejsce mocno zmieniło się od ostatniej naszej wizyty tutaj. Nie było już starego drewnianego pomostu, a wgłąb wrzynał się nowy, murowany. Piaszczystej plaży również nie kojarzyłem... Piasek i woda były jednak super atrakcją dla Karolka! Nie byliśmy zupełnie przygotowani na kąpiel, a mimo to Bąbel chlapał się w wodzie aż miło! :-) Spojrzenie jednej z dziewczyn, gdy podrzucałem Karolka do góry będzie dla mnie fajnym wspomnieniem :-) Śmiechu było co niemiara! :-) Finalnie skończyło się na zamoczeniu wszystkich części garderoby i powrocie do domu w owiniętym kocu :-)

Przyjemnie zakręcona ścieżka, pośród jagód :-)


Przebrnęliśmy przez pierwszy leśny, piaszczysty etap :-) Jeszcze nie wiemy, co nas będzie dziś czekać ;-)


Guciów. Stojący przy drodze transporter opancerzony wzbudził moje zainteresowanie :-)


Zagroda Guciów i dwa bociany :-) Kolejny fajny akcent, który mogłem pokazać Karolkowi :-)


Pierwsza atrakcja w restauracji przy młynie :-) Dzieci mamy z głowy ;-)


Stary młyn w Bondyrzu.


Atrakcji ciąg dalszy ;-)


Boćków na trasie mieliśmy całkiem sporo! Jak żywo dzisiejszy dzień przypominał boćkami i ilością piasku moją wyprawkę na Lubelszczyźnie sprzed trzech lat :-)


Hałasujący pośrodku lasu tartak.


Koła grzęzną w piasku. Jedzie się bardzo słabo, a pcha cały zestaw wcale nie lepiej. Na końcowym etapie droga jest tak wąska, że przyczepka jedzie praktycznie po leśnej miedzy. Wcale nie ułatwia to poruszania się do przodu :-) Trzeba jednak przyznać, że wspaniale spełnia swoją funkcję i z pewnością dla kogoś kto z niej aktywnie korzysta, warta jest wydanych pieniędzy! 


I takie dołki pokonuje się przyczepką :-) A dzieci śpią! Stopień nachylenia na zdjęciu jest słabo widoczny, ale przyczepka prawie spadła na dół.


Nieco mniej problematyczny fragment trasy :-)


Pomogę Ci przyjacielu! Później trafił się jeszcze jeden taki niedorajda ;-)


Wypatrzony przez Anię krzyż. Jest cywilizacja! :-)


Gdyby nie wzmianka Ani, być może bym na niego nadepnął :-) Przejechaliśmy nad nim przyczepką i dalej grzał się w słońcu :-)


Zalew Rudka. Karol miał tu mega ekstremalną frajdę! Również i ja cieszyłem się wodą... :-) A niby jest ze mnie ryba lądowa... ;-)


Grzeczny Kwiatuszek na kocyku :-) A na Antku Karolowa garderoba, susząca się w słońcu po pierwszej kąpieli :-) Przy kole moje sandały ;-)


Dane wyjazdu:
59.30 km 0.00 km teren
02:52 h 20.69 km/h:
Maks. pr.:33.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Antek

Stobrawski z glebą :-)

Sobota, 6 czerwca 2015 · dodano: 10.06.2015 | Komentarze 0

Korzystając z możliwości, zająłem się wczoraj wibrującym napędem. Widać za pierwszym razem musiałem coś źle założyć, gdyż w zasadzie tylko zdjąłem i założyłem ponownie kasetę i już było OK :-) Wieczorem wytyczyłem sobie trasę, aby zrealizować ją dziś. Dzieci z racji wysokiej temperatury zostały w domu.



Do Brynicy dojechałem bardzo szybko, wjeżdżając tam w las. Było gorąco! Szybko dojechałem do Grabczoka, za którym ponownie wjechałem między drzewa. Droga była pylista i dosyć wyboista. Byłem tym faktem dosyć zdziwiony, gdyż nie kojarzyłem takiego jej stanu, a przecież jechałem tędy niedawno. Dystans mimo to łykałem, spokojnie utrzymując prędkość powyżej dwudziestu kilometrów na godzinę i więcej. Wkrótce więc wjechałem do Parku w Pokoju, nie znajdując jednak większości z rzeźb, które dane mi było oglądać z Aneczką. Jechałem przed siebie, nie przejmując się "stratą" - znałem już tutejsze atrakcje. Niedługo potem gryzłem już asfalt w drodze do Karłowic :-) Na horyzoncie żadnego samochodu! Do samych Karłowic trafił się tylko jeden - straszy pan przy rozjeździe na Siedlice pytał o drogę na Masów :-) Świetnie się pędziło! :-) Musiałem jedynie uważać na zapasy wody, gdyż dwa bidony w dzisiejszych warunkach temperaturowych to było minimum :-) W Karłowicach odnalazłem dom księdza Dzierżonia i rycerski zamek :-) Pobyłem tam chwilkę i ruszyłem w dalszą drogę :-) Wjeżdżając w las skazałem się na jazdę dosyć wyboistą drogą. Wtem z rowu wybiegła sarna! Ucieczka jej się przedłużała, więc wyciągnąłem aparat, by zrobić jej zdjęcie! Sekunda, czy dwie... Przednie koło uciekło i już leżałem na plecach z bolącym brzuchem. Jeden z Antkowych rogów otarł się mocno o moje podbrzusze... Pozbierałem się szybko i tak samo oceniłem sytuację. Spokojnie mogłem kontynuować jazdę, ale od tej pory wyjazd trochę stracił na uroku... A pomyśleć, że kilka chwil wcześniej rozmyślałem jeszcze o tym, jak moglibyśmy przemierzać te tereny razem z Piotrem... Swoją drogą, to muszę go tu w końcu zabrać! Na tej samej prostej z rowu sarny wyskoczyły jeszcze dwa razy (lub była to ta sama sarna :-) ), a gdy w związku z dużo lepszą drogą, zdecydowałem się zmienić kierunek trochę wcześniej, na owej drodze wyskoczyła z rowu w las całkiem spora sarna :-) Później jechałem już spokojnie asfaltem w kierunku Ładzy. Wywrotka chyba obniżyła moją wydolność, gdyż w porównaniu z wcześniejszymi etapami, ten jechało mi się jakoś trochę gorzej. Ponadto na miejscu nie znalazłem domu krytego strzechą, a że już trochę gonił mnie czas, postanowiłem się tym nie przejmować. To nie jest daleko od Surowiny, więc każdym następnym razem może się udać. Odtąd wkraczałem w bardziej mi znany teren i jednocześnie mniej ciekawy. Kupy przejechałem bez emocji i tak samo było później w lesie. Wykonałem tam ostatni postój z napojem i pracowałem na to, by każdy metr przybliżał mnie do domu. Przedni błotnik obniżył się na wybojach i hałasował o oponę... Na szczęście tuż po dojechaniu na miejsce założyłem nowego zipa i po wywrotce nie było śladu :-) Wiem też, że wezmę paczkę zipów ze sobą na wyprawę ;-)

Kadr z drugiej strony ;-)


Cisza, spokój... I dom obok. Bardzo często i ja bym tak chciał...


Na rozstaju szlaków :-)


Stawy przy parku w Pokoju.


Wjeżdżam w zieloną bramę :-)


W Parku :-) Kwiaty jak żywe przypominające Moszną i Antek z Kędzierzyna, oraz Wenus z Pokoju ;-) Tej głowy ukrytej za liśćmi faktycznie nie ma :-)


Łykam dystans w drodze do Kuźnicy Katowskiej. Przez ten czas nie mija mnie nawet jeden samochód! Super! Tylko patyk zaplątany w tylny błotnik powoduje, że muszę się zatrzymać... :-)


Mijesce postoju przy rozjeździe na Siedlice.


Pierwszy samochód! Nadjechał znad przeciwka. Wrocławska rejestracja. Starszy pan szukał drogi na Masów. Miał szczęście :-) Dziś wziąłem ze sobą mapę :-) Na nawigacji tłumaczenie byłoby trudniejsze zwłaszcza, że sam nie jestem tutejszy :-)


Przydrożna kapliczka w Kuźni Katowskiej. Żar leje się z nieba... :-)


Na wylocie z Kuźni Katowskiej. Maki i chabry nadają przyjemnego charakteru miejscu. Później kolejny religijny smaczek...


Dom księdza Jana Dzierżona w Karłowicach. Rower daje świetne możliwości poznawania świata! Jest cudowny!


Karłowice. Bar Casablanca, który czasy świetności ma już za sobą...


Ciekawy kierunkowskaz przy skrzyżowaniu. Dom Jana Dzierżona jest oznaczony, ale niestety tutejszy zamek już nie... Trochę szkoda, bo na pewno zainteresowanym byłoby łatwiej trafić. I co z tego, że jest nieopodal?


Rzeczony zamek, siedziba rycerska. Niestety już w prywatnych rękach... Kolejny na opolszczyźnie...


Stary młyn tuż obok.


Grubaśne drzewo przy drodze do Popielowa.


Już w lesie :-) Nad głową lata jakiś samolot :-)


Z rowu wybiega sarna! :-) Ucieka tak niemrawo, że zdecydowałem się wyciągnąć aparat i strzelić jej fotkę :-) Strzeliłem... Glebę... Nieopatrznie zjechałem z wyjeżdżonej części drogi na trawę, aparat w prawej ręce, tylko lewy hamulec i szybka akcja, nad którą nie dałem już rady zapanować. Zresztą koło i bez hamowania, wykręcone zblokowało się o stosunkowo wysoko rosnącą trawę. Taką glebę przez kierownicę strzeliłem ostatni raz chyba w wieku sześciu lat. Rower nazywał się "Salto" ;-)


Ślady walki ;-) Antoś na szczęście nie ucierpiał. Lekko przekrzywione siodełko, urwany zip z mocowania błotnika (na szczęście akurat z domu wziąłem całą paczkę, planując prace przy Antku).


Wjazd do Kup i pożegnanie ze Stobrawskim... Dziś już sobota, a w poniedziałek powrót do rzeczywistości. Dzisiejszy dzień i wycieczka super, choć myśl o Antku po glebie siedziała mi pod czaszką...


Już niedaleczko domu :-)


Już na miejscu okazało się, że wyzerował się również licznik, a dodatkowo lekko skrzywił się koszyk na bidon przy rurze podsiodłowej. Temu wyszło to akurat na dobre, bo bidon siedzi teraz że hej! ;-)


Dane wyjazdu:
42.71 km 0.00 km teren
02:00 h 21.36 km/h:
Maks. pr.:46.60 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Antek

Trzeci Klasyk Annogórski - z niespodzianką! :-)

Sobota, 30 maja 2015 · dodano: 31.05.2015 | Komentarze 0

Czwartkową noc miałem wyjętą z życiorysu. Z tego powodu w piątek rano zwlekłem się z łóżka tylko po to, aby jedynie na chwilę pojechać do pracy. Cały piątek był zupełnie bezbarwny, ale oczywiście w związku z absencją w pracy, miałem więcej czasu na siedzenie w sieci ;-) Tak oto całkiem przypadkiem dowiedziałem się, że już w sobotę w Leśnicy rozgrywać się będzie kolarska rywalizacja! Jak mogło mnie to ominąć? :-) 
W sobotę wyjechaliśmy wszyscy do Koźla z samego rana. Ja miałem jeszcze do załatwienia sprawę na mieście, więc gonił mnie czas. Dodatkowo najeździłem się jak głupi, ale ostatecznie wszystko poszło po mojej myśli :-) Do Leśnicy wyjechałem z dziesięciominutowym opóźnieniem. To nic :-)



Odcinek w mieście nie należał do najfajniejszych. Dosyć mocno wiał przeciwny wiatr i dopiero w lesie za Kłodnicą poczułem większy komfort. Dodatkowo Antek jakoś dziwnie się prowadził. Albo były to moje zwidy, albo ten dzień przerwy coś narobił ;-) Tuż przed skrajem lasu przed Raszową, zrobiłem sobie mały postój. W tym czasie minęły mnie dwie kolarki, a także pani z sakwami, którą z racji jeszcze jednego fotograficznego postoju, dogoniłem w zasadzie dopiero przed rynkiem w Leśnicy :-) Podjeżdżając tam wyprzedziłem trójkę kolarzy, jadących relaksacyjnym tempem. Zażartowałem sobie z nich dla wspólnego śmiechu, ale oni jacyś sztywni byli ;-) Moją uwagę już po krótkiej chwili przykuło jednak miejsce startu :-) W życiu nie widziałem tutaj tylu ludzi! To miejsce zawsze świeci pustkami, a dziś prawie że człowiek na człowieku! :-) Pokręciłem się tam trochę, aby poczuć atmosferę imprezy i trzeba przyznać, że micha zaczęła mi się śmiać praktycznie od zaraz :-) Tyle pięknych rowerów w jednym miejscu... I cała ta sympatyczna otoczka :-) Wspaniale było widzieć, jak to miejsce odżywa :-) Zgodnie z wcześniejszym zamiarem udałem się następnie do podnóża Góry św. Anny, aby nagrać pędzące w dół rowerki. Na miejscu uznałem jednak, że to może być małe faux pas. Wróciłem zatem na rynek, ponownie kręcąc się tam trochę :-) Przed samym startem zawodów przycupnąłem, aby mieć dobry widok, gdy peleton ruszy. Wtem zauważyłem jadącego samotnie ulicą kolarza. Twarz... Strój... TIGRIS! Krzyknąłem za nim, ale nie usłyszał! W przypływie emocji pognałem za nim, mając dużo więcej mocy w nogach niż zazwyczaj :-) Gdy go dogoniłem, zamieniliśmy ze dwa zdania - było tuż przed startem :-) Jaki ten świat jest mały! Poza tym, o całym tym spotkaniu zaważyło mnóstwo szczególików! W życiu bym się tego nie spodziewał! Przecież miesiąc temu mogliśmy razem jeździć po wuppertalowskich pagórkach, a do czasu na krótko przed wyjazdem do Niemiec wcale się przecież nie znaliśmy! To było aż nieprawdopodobne...! :-) 
Wróciłem na swoją poprzednią miejscówkę i przygotowałem się do kręcenia filmu :-) Gdy rozległ się sygnał do startu, moim oczom ukazał się ogrom rowerów :-) To była fala rowerzystów! :-) Startowi towarzyszył ponadto dźwięk wpinanych butów SPD, oraz strzelających przerzutek :-) Po długiej chwili rowerki popędziły w trasę, a ja ruszyłem im naprzeciw, zatrzymując się na nawrocie przy punkcie widokowym :-) W drodze wyprzedziłem grupę kolarzy, a także zjechałem dwa razy, aby nie przeszkadzać innym dwóm w podjeździe mimo, że to raczej nie byli zawodnicy. Jechali przecież pod prąd ;-) Na miejscu przeczekałem kilka minut, a gdy peleton i pozostała większość przejechała ruszyłem w dół, bardzo ostrożnie włączając się do ruchu. Bardzo zależało mi na tym, aby nikomu nie przeszkadzać. Całe szczęście podczas zjazdu nikogo nie spotkałem :-) Na moment zatrzymałem się jeszcze przy skrzyżowaniu u podnóża czekając na jakąś grupę, ale przejeżdżali tylko pojedynczy kolarze. Udałem się w kierunku Leśnicy, a stamtąd już w stronę domu.
Droga mijała mi całkiem szybko. W Raszowej postanowiłem wstąpić na momencik nad stawy, gdzie raczyłem się kojącym śpiewem ptaków :-) Słychać było również skrzeczące w oddali żaby :-) Wyjeżdżając do Leśnicy nie wiedziałem co tam zastanę. Wspomnieniem będą jednak super atmosfera, spotkanie Tigrisa(!), widok ślicznych rowerków pięknego dnia :-) Wracałem bardzo pozytywnie naładowany :-) Gdy dotarłem do domu okazało się, że nikogo tam nie było :-) Zadzwoniłem do Aneczki i podjechałem do niej na kozielski Rynek, dzieląc się przy okazji z nią emocjami :-) 

Leśny postój przed Raszową :-)


Tam jadę ;-)


U celu :-) Ochoczo chłonę dzisiejszą energię i atmosferę tego miejsca :-)


Na krótko przed startem :-) Według spikera stawiło się około dwustu sześćdziesięciu zawodników. Według jednej z pań stojących obok mnie na chodniku (wersja na kilka minut przed startem) - nawet ponad trzystu.



Moja fotograficzna miejscówka :-)


Stary strażacki Opel. Czyżby dalej w służbie? :-)


Przy okazji mogłem również podziwiać piękne krajobrazy :-)


Chwilka wytchnienia przy raszowskich stawach :-)


Powrót z kozielskiego Rynku. Jedyna okazja, aby zatrzymać się choć na moment przy odrestaurowanej kozielskiej baszcie :-)